Adam na Szlaku, czyli historie z wyjazdów różnych

Najnowsze

1-3 października

Wyspa Koh Phangan, zatoka Tajlandzka Ciąg dalszy tej strony »

Tajlandia, cd.

Autobus z Chiang Mai do Ayuthay’i wyrzucił nas na środku jakiejś autostrady. Kierowca mniej więcej pokazał nam azymut do centrum i zostaliśmy sami chwilę po czwartej nad ranem, niezupełnie pewni tego, gdzie jesteśmy. Dłuższy czas wędrowaliśmy po mieście, kierowani naszymi przeczuciami i lichą mapą z przewodnika. Ciąg dalszy tej strony »

Tajlandia – Chiang Mai

Vientiane. Dzisiaj pisze Ruda:)
Około południa przyjechaliśmy z Vang Vieng do stolicy Laosu. Nasz plan był prosty: zobaczyć najwięcej „must see” jak się da i wieczorem pojechać do Chiang Mai. Plan został wykonany w sporej części: było muzeum narodowe, najeżone antyamerykańską propagandą, był piękny wat w środku miasta, szybki obiad i w drogę.

Do granicy podwieziono nas super luksusowym VIP busem przystrojonym w jarmarczne światełka, koronkowo-satynowe firanki oraz z psychodelicznymi grafikami bohaterów kreskówek na karoserii. Z Laosu do Tajlandii przeszliśmy piechotą, Ciąg dalszy tej strony »

Laos, cz.2

Powiększoną, czteroosobową ekipą ruszyliśmy na zwiedzanie Luang Prabang. Miasto pełne jest świątyń, przy każdej rozstawiona jest ekipa sprzedająca bilety – niestety tylko pojedyncze świątynie okazywały się być warte swojej ceny. Czasem po wejściu więcej czasu spędzaliśmy na podziwianiu np. wielkiego owada albo gigantycznych, kolorowych motyli.




W czasie naszego krążenia po mieście trochę zmieniło nam plany spotkanie z jednym z naganiaczy, zachęcającym do przepłynięcia na drugą stronę Mekongu. Pogoda była super i zachęcała do wycieczki na przeciwległy brzeg, z którego mogliśmy podziwiać widok na Luang Prabang i otaczające miasto góry. W świątyni na górce zasiedzieliśmy się z naszym ‚kierowcą’, ciesząc się atmosferą miejsca.

Dzień zakończyliśmy wybraniem się na górkę w centrum miasta, słynną ze względu na zachody słońca. Oczywiście – słynną przede wszystkim dlatego, że polecono ją jako punkt widokowy w Lonely Planet. Siedzieliśmy więc w towarzystwie dziesiątków ludzi z różnymi wersjami językowymi tych samych książek w rękach i cieszyliśmy się, że udało się pierwszy raz załapać na taki widok przy sprzyjających warunkach.

Wieczór minął nam na kolejnej degustacji koktajli w Lao Lao Garden i planowaniu wycieczek na następny dzień. Nasze plany prawie idealnie zbiegły się z pogodą następnego dnia. W czasie, kiedy padał deszcz – odwiedzaliśmy muzeum. Kiedy zaczynało się wypogadzać – znaleźliśmy tuktuka, który zabrał nas do pobliskiego wodospadu. Po zapłaceniu kolejnej wejściówki (4zł) poszliśmy drogą prowadzącą do wodospadu, koło schroniska dla niedźwiedzi, niestety żadnego nie zobaczywszy.

Wodospad za to okazał się być rewelacyjny. Kiedy już doszliśmy do rzeki, zobaczyliśmy miejsce do kąpieli, które postanowiliśmy odwiedzić w drodze powrotnej, gdy zmachamy się podejściem do punktu widokowego. Rzeczywiście, zmachaliśmy się konkretnie, gdyż na początku wybraliśmy złą stronę rzeki do podejścia i przez dobre pół godziny przebijaliśmy się przez głębokie, śliskie błoto i kałuże, wpierw mocno napierając do góry, potem wykonując ostrożny odwrót. Kiedy wreszcie dotarliśmy do właściwego wodospadu – okazało się, że było warto.

A nawet, że było podwójnie warto, kiedy w końcu wykąpaliśmy się w wodospadzie:

Z Luang Prabang pojechaliśmy do miejscowości Vang Vieng, najbardziej popularnej wśród tzw. ‚gap year crowd’ – czyli głównie pochodzących z bogatych krajów dzieciaków po maturach, które odkładają rozpoczęcie studiów o rok aby popodróżować po świecie. Wielu z nich takie doświadczenie kształtuje, pozwala osiągnąć większą samodzielności itp. Są też tacy, którzy po prostu pozostają dzieciakami nagle spuszczonymi ze smyczy.

Epizod z drogi do Vang Vieng – „Suka”.
Suka

Czasami spotyka się ludzi, którym by się po prostu w gębę napluć chciało.

Wsiadamy w autobus z Luang Prabang do Vang Vieng. Wszyscy turyści są skołowani nową formalnością check-in’owania biletów na dworcu – za kwitek z biura sprzedaży dostaje się bilet z kuponem na obiad po drodze. W tuktuku, który przywiózł nas z centrum, jechał z nami jeszcze starszy pan. ‚O, no proszę, Polacy’, zareagował po chwili przysłuchiwania się nam. ‚O, pan też Polak – mało nas tu.’, ‚Ja? Jaki tam Polak, ja z Canada.’ ‚Ale jakieś korzenie?’ ‚Tak, rodzice’. Bardzo sympatyczny, ze starym aparatem i fajką – takiego dziadka chciałoby się mieć.
Do autobusu wsiadają jeszcze dwie panie i dziewczyna w naszym wieku, nieładna ale przede wszystkim jakoś tak po prostu niezadbana. Dziewczyna okazuje się być głupią suką.

Zagadujemy, żeby zwrócić jej uwagę na konieczność wymiany kwitka na bilet. Psioczy na nieporządek i brak punktualnych autobusów. Faktycznie, rzadko kiedy jest mniej niż dwie godziny obsuwy w którymś momencie – ale kogo to tutaj obchodzi? Ją.

Zatrzymujemy się na zaplanowany obiad po drodze, ruszamy uskutecznić nasze kupony. Z lewej ryż i warzywa/mięsa do niego, z prawej zupa z makaronem (są tu naprawdę wspaniałe, wyładowane mięsem i zieleniną). Suka podchodzi do ryżu i próbuje się spytać, czy może podejść sobie sama nałożyć. Biegnie na jedną, potem na drugą stronę lady. Coraz bardziej poirytowana. ‚Czego nie rozumiesz? Przecież mówię do Ciebie bardzo prostym angielskim!’.

W końcu pozwala dziewczynie z personelu nałożyć sobie jedzenie. Dopytuje się o rodzaj mięsa, próbuje laotańskie nazwy. Jest to całkiem trudne, bo w każdym rejonie Laosu używane są inne dialekty i sposoby wymowy. Suka na zmianę po angielsku i swoim laotańskim pyta, co jest drobiem, co jest świnią, ale pozostaje niezrozumiana, co irytuje ją coraz bardziej. W końcu rzuca, po angielsku ‚Czemu mnie nie rozumiesz? Przecież mówię po laotańsku! Rany, ona musi być chyba głupia’.

Resztę drogi kombinowałem jak odmówić jej wspólnego przejazdu tuktukiem, gdyby wysiadała tam, gdzie my. Na jej szczęście, nie wysiadła.

Główną atrakcją w Vang Vieng jest tzw. tubing, czyli spływanie rzeką na dętce od traktora i przybijanie do kolejnych barów rozciągających się wzdłuż rzeki. W każdym dostaje się bez ograniczeń shoty taniej, laotańskiej whisky i można brać udział w różnego rodzaju pijackich grach i zabawach. Przy niektórych barach postawione są zjeżdżalnie albo huśtawki. Do tego ładna pogoda, głośna muzyka i około setki bawiących się ludzi – mimo tego, że trwa właśnie ‚low season’. Aż ciężko sobie wyobrazić, co się tu dzieje w bardziej obleganych miesiącach.

Takie miejsce oczywiście przyciąga różnego rodzaju cwaniaków i kombinatorów, więc całkiem łatwo było spotkać osoby okradzione na różne sposoby : rozcięte kieszenie, wyłowiona z wody przez miejscowego dzieciaka na oczach właścicielki torba, która potem wracała do niej dokument po dokumencie wśród bezczelnych uśmiechów miejscowych ‚właśnie cię okradliśmy’ i wiele podobnych historii. Same dętki i kamizelki do nich wypożyczane są przez tubingową mafię – kartel kilku przedsiębiorców, z których każdego dnia na raz działa tylko jeden. Wszyscy mają ustalone wspólne ceny, są aroganccy i doją turystów jak się da. Właściwie nikt nie ma wątpliwości, że masowo ginące ludziom tuby i kamizelki wracają do wypożyczalni jeszcze przed zasuwającym na piechotę turystą, który musi pogodzić się ze stratą zostawionej kaucji i jeszcze dodatkową karą.

Jak mieszanych uczuć by to doświadczenie nie budziło – atrakcję zaliczyliśmy, bawiliśmy się dobrze (do czasu zaginięcia jednej tuby, okradzenia torby jednej znajomej i chaotycznego powrotu ekipy wynajmowanymi tuktukami) i mogliśmy wyrobić o niej swoje własne zdanie. Są osoby, które odnajdują się tu na dłużej i pozostają już od kilku miesięcy – z reguły pracując za jedzenie i spanie w barach nad rzeką, wieczorami przenosząc się do siostrzanych knajp w mieście.

Popularność Vang Vieng w pierwszej kolejności wyrosła na otaczającej miejscowość przyrodzie i olbrzymich jaskiniach. Drugiego dnia wybraliśmy się więc na rowerową przejażdżkę po okolicy aby zobaczyć kilka najpiękniejszych miejsc.

Trochę szybciej niż się spodziewaliśmy, zobaczyliśmy drogowskaz na pierwszą jaskinię na naszej liście – dużą tabliczkę z napisem ‚Blue lagoon’. Wybraliśmy się na zwiedzanie jaskini która, mimo że całkiem fajna, nie była tak spektakularna jak zapowiadały przewodniki. Razem z nami wszedł starszy pan, który zdawał się być jednym z pracowników sprzedających bądź kontrolujących bilety. Pokazał nam miejsce do wejścia do wody, poświecił swoją latarką w ciemności i doradzał trasę zwiedzania. Po wyjściu uznaliśmy, że należy mu się parę groszy napiwku (przez masy zachodnich turystów już dzieci zaczynają naukę angielskiego od słów ‚money’ i ‚tip’). Uwzględniając realia życia w Laosie rozważaliśmy różne symboliczne kwoty za 20parę minut jego fatygi – stanęło na 20000 kipów, czyli ok 8 złotych. Nie udało się jednak zobaczyć spodziewanego przez nas znaku wdzięczności – pan powiedział nam, że jest zawiedziony, że nie dostał kilkakrotnie więcej. Chwilami mówił nawet o 20zł od osoby…. masakra. W końcu poszedł urażony, a my (trochę bojąc się o los naszych rowerów, które miał minąć) wykorzystaliśmy pobliską rzeczkę do zrelaksowania się i krótkiej kąpieli w zaimprowizowanym jacuzzi:)

Dalsza droga ujawniła całą masę podobnych tabliczek, które wskazywały na ‚Blue lagoon cave’. Zatrzymaliśmy się w ‚Saibadee bar’ po drodze, zwabieni przez przemiłą obsługę, gdzie dowiedzieliśmy się o skali, w jakiej miejscowi podszywają się pod właściwą jaskinię ze swoimi jaskinkami. Trochę pogadaliśmy z właścicielem, który pomógł nam ustalić właściwe miejsce. Mówił całkiem dobrym angielskim, więc spytaliśmy się go, gdzie się go nauczył. Okazało się, że przez 29 lat mieszkał w Europie – po 3 lata w jakichś bogatszych krajach UE i 20 lat w Szwajcarii. W 2004 wrócił do Tajlandii (pochodził z Bangkoku), żeby na 4 lata zostać mnichem. Ale nie takim zwykłym, ubranym na pomarańczowo mnichem, który mieszka w świątyni w mieście. Opowiedział nam o leśnych mnichach, którzy noszą szaty szarozielonego koloru. Mieszkają cały czas w lesie, zatrzymując się po parę dni w jednym miejscu i odwiedzając pobliskie wsie, aby zbierać darowaną żywność od mieszkańców. W przeciwieństwie do ‚pomarańczowych’ mogą jeść tylko raz dziennie (tamci mogą dwa razy), nie mogą zupełnie korzystać z telefonów, pieniędzy ani innych osiągnięć techniki. Przez te cztery lata studiował buddyjskie pisma, uczył się medytacji i zgłębiał tajemnice buddyzmu. Opowiadał nam o swoim wyznaniu, według którego człowiek trafia do nieba w momencie, kiedy staje się szczęśliwy już na tym świecie. A człowiek zły tworzy sobie tutaj swoje osobiste piekło. Dobrze się słuchało jego nauk, których ogólne przesłanie właściwie mało odbiega od tych głoszonych przez inne religie.

Do właściwej jaskini Blue Lagoon trafiliśmy całkiem późno. W pośpiechu wykąpaliśmy się w bardzo przyjemnie urządzonym miejscu i ruszyliśmy eksplorować jaskinię. Dopiero tu okazało się, jak bardzo miejscowi naciągali turystów swoimi ‚podróbkami’. Kiedy dziewczyny już miały dość, z Pawłem zapuszczaliśmy się coraz dalej przez kolejne pół godziny, wciąż odkrywając nowe kształty skał, naturalne chodniki nad krystalicznie czystą wodą i migoczące kryształki w niektórych ścianach.

Starając się zdążyć przed zachodzącym słońcem wróciliśmy do Vang Vieng, żeby spędzić ostatnią noc w Laosie. Następny dzień miał przynieść krótką wizytę w Vientiane oraz dalszą drogę do Chiang Mai w Tajlandii.

Laos, cz. 1

Trochę za dużo już do tyłu z relacją jesteśmy, żeby rozpisywać się tak szczegółowo, jak dotychczas, więc nieco bardziej konkretnie będę pisał:)

W drodze z Banlungu, 4 godziny czekaliśmy w Stung Treng na przesiadkę. Zabijając czas, wybraliśmy się na rynek, gdzie kupiliśmy Oli okulary LaCoste’y – za 3 dolce!;) Kolejny autobus (wsiadając do niego dowiadujemy się, że nasze połączenie będzie jeszcze mniej bezpośrednie niż się spodziewaliśmy) wypchany jest po brzegi zachodnimi turystami a w skład personelu wchodzi koleś odpowiedzialny m.in. za formalności na granicach. Zarówno kambodżańscy jak i laotańscy pogranicznicy wymagają bowiem półoficjalnych łapówek (ponoć dopasowanych wysokością do ich wyobrażeń o majętności poszczególnych krajów) i dużo sprawniejsze jest załatwienie całej grupy za jednym zamachem. Z autobusu przesiadamy się na ławeczki na pace jakiegoś busika, który dowozi nas do miejscowości nad Mekongiem, z której z kolei mamy przepłynąć łodzią do naszego celu – wyspy Don Det. Kiedy wreszcie się ogarniamy, płacimy za przeprawę i kończymy wymieniać pieniądze, już dawno zdążyło zajść słońce. Szalenie niepewni wsiadamy po paręnaście osób do długich, wąskich łodzi, które w świetle księżyca zabierają nas w poprzek wielkiej rzeki. Jest dość jasno, więc widać wyraźnie kontury mijanych wysp i przepływające inne łódki (ich silniki są tłumione przez nasz, więc wydają się być jedynie przemykającymi cieniami).

Jakiś chłopak zagonił nas prosto z przystani do pokoju za 4 dolce w parszywym betonowym baraku – zupełnie zdezorientowani postanawiamy zostać i ogarnąć się rano. Szybki zwiad pozwolił jedynie ustaliś położenie jednej turystycznej uliczki, gdzie po chwili dobiegają do nas dźwięki imprezy. Położony nieco w głębi ulicy, za to przy samej rzece reggae bar pełen jest miejscowych, między nimi dostrzegamy kilka bielszych twarzy. Okazało się, że dziewczyna z rodziny prowadzącej lokal obchodzi swoje piętnaste urodziny i zeszła się cała jej rodzina z okolicy – łącznie trzydzieści parę osób.

Rano okazuje się, że nasz barak jest całkiem spoko, na tarasie wiszą hamaki z widokiem na rzekę, która przepływa ledwie 3 metry dalej! Aha, o to chodziło chłopakowi jak pokazywał w ciemność i mówił ‚sunset view, sunset view’ ;) Postanawiamy się nigdzie nie wynosić, ogarniamy sobie rowery i ruszamy na wycieczkę po wyspie Don Det i połączonej z nią mostem Don Khon (często zdarza się turystom trafić niechcący na dużo mniej ciekawą Don Khong;) ). Wyspy okazują się dużo większe niż może się wydawać z perspektywy turystycznej uliczki, cały dzień jeździmy po tropikalnym lesie i wśród pól ryżowych.





Oglądamy najszybszy jak na razie wodospad i na ostatnią chwilę zdążamy na godzinę zachodu słońca na hamaki – tylko po to, żeby popodziwiać deszczowe chmury i wieczorną ulewę przy drinku z jednodolarowej whisky:

Z Don Det udajemy się do Thakheak, żeby zrobić tzw. Pętlę – czyli objazd po centralnym Laosie z wiejskimi krajobrazami, magicznymi wielkimi skałami pokrywający całą okolicę i siedmiokilometrową jaskinią Konglor, w której płynie podziemna rzeka. Coraz bardziej podobają nam się takie spokojne objazdy po prowincji, gdzie ludzie z uśmiechem i ciekawością reagują na obcokrajowców.

—-
Mieszkańcy Laosu są dużo bardziej stonowani w swoich reakcjach na turystów – głównie reagują na nas dzieci. Starsi zawsze z uśmiechem odpowiadają na nasze ‚Saibadiii’ (cześć), ale sami raczej się nie wyrywają. Jakaś mała dziewczynka wysyła mi buziaki, jakiś mroczny chłopiec wygląda, jakby rzucał na nas klątwę. Do miejscowości Konglor dojeżdżamy tuż po zachodzie słońca i postanawiamy następnego dnia z samego rana wybrać się do jaskini. Ku naszemu zdziwieniu o 8 rano nie ma jeszcze żadnego z właścicieli łódek i musimy czekać, aż zaczną się schodzić.

Jaskinia jest jednak warta tych kilku chwil – kiedy długa łódka zanurza się coraz głębiej w ciemność, pojęcie o rozmiarach otaczającego nas podziemnego korytarza dają jedynie niewyraźne światełka naszych latarek ledwie sięgające kamiennych ścian. Siedzący z przodu łódki chłopiec oświetla swoim mocniejszym światłem kolejne przeszkody, które musimy ominąć. Są to nie tylko wystające z wody kamienie, ale też zakręty podziemnej rzeki, mały próg i miejscami spadające z góry strumienie wody. Całkiem długi czas przeprawy urozmaica postój w komnacie ze stalaktytami i stalagmitami, których podświetlenie zostało niedawno sfinansowane przez jakieś bogatsze państwo.

—-

Robi się już ciemno, kiedy zakręcamy w krajówkę 8B/1E, cieszącą się bardzo złą sławą. Ubity piach ze śladami asfaltu, wielkie kałuże ciągnące się po kilka metrów na całej szerokości jezdni, małe, niepozorne kałuże o zaskakujących głębokościach. Wszystkie widoczne pojazdy pokonują kolejne metry według fantazji kierowców – ruch jest więc czasem prawo-, czasem lewo- a z reguły obustronny. W powolnym slalomie mijają kolejne minuty, aż wreszcie stwierdzamy (właściwie to Ola stwierdza, bo mi się bardzo podoba;) ), że mamy już dość. Spytamy o nocleg w pierwszej napotkanej większej wiosce.

Kiedy wjeżdżamy do miejscowości, Ola zauważa ludzi siedzących przy włączonym komputerze – tam spróbujemy. Udaje się od razu znaleźć kogoś, kto mówi po angielsku. Pan jest bardzo miły, ale we wsi właściwie nie ma gdzie się zatrzymać. Przez jakiś czas rozważa opcję ‚village office’, gdzie mają spać miejscowi policjanci. Próbuje dodzwonić się do wodza, w końcu odpuszcza i prowadzi nas do niego. Niepozorny jak na wodza starszy (na oko ma pięćdziesiąt parę lat, więc pewnie tak naprawdę ze 45) mężczyzna przez jakiś czas wysłuchuje naszej historii, potem pyta czy jesteśmy z Ameryki. Jesteśmy na tyle daleko na wschodzie, że możliwe jest, że Amerykanie tu już bombardowali – w czasie wojny w Wietnamie na Laos co kilka minut spadała bomba, łącznie ponoć więcej niż na Europę w całej II wojnie światowej. Całe szczęście, że szansa jakiegokolwiek negatywnego skojarzenia Polski jest w jego przypadku równie mała jak umiejscowienia jej na mapie. Niestety, mimo to odmawia i odsyła nas spory kawał wstecz, do ostatniego miasta.

Cofając się, próbujemy jeszcze raz zagadać kogoś w mijanej maleńkiej osadzie – z drogi widać w sumie ze trzy domy. Ola pyta o angielski, wychyla się pan i pyta z uśmiechem ‚Do you speak Lao?’. Zaprasza nas do siebie do domu – jednego z dziesiątek tych drewnianych na palach, kilka metrów nad ziemią, jakie widzieliśmy po drodze. Po chwili pojawia się kolacja i zdezorientowani patrzymy się po sobie. Ryż, taka bardzo lepka odmiana, w koszyczku. Dwa talerze z mięsem. Talerz rosołku. W końcu gospodarz łapie garść ryżu i powoli lepi z niej idealną kulkę, którą następnie macza w sosie od mięsa. Ok, naśladujemy i dalej jakoś też już idzie ;)

Nasz gospodarz okazuje się być nauczycielem laotańskiego w szkole podstawowej. Angielskiego, podobnie jak pan, który prowadził nas do wodza w poprzedniej wiosce, nauczył się od okolicznego mnicha. Potrafi się mniej więcej dogadać, jednak na bardziej skomplikowanych historiach brakuje nam wspólnego języka. Widać jednak, że jest zadowolony, że może czasem coś przetłumaczyć swojej rodzinie, która przygląda nam się z ciekawością. Dostajemy jeszcze zawinięty w liścia ryż z wiórkami kokosowymi (świetny!) i wraz z dobiegającym końca posiłkiem wszyscy mieszkańcy zaczynają szykować się do snu. Jest dopiero dwudziesta, ale nie chcemy robić problemu i też się układamy na przeznaczonym dla nas materacu pod moskitierą.

Kiedy droga zaczyna się robić lepsza, nagle wraz z nią zmienia się krajobraz. Wyjeżdżamy z lasu na mostek i po obu stronach widzimy wystające z wody sczerniałe kikuty drzew. Po kolejnych paru kilometrach droga prowadzi już tylko po nasypie, woda jest wszędzie dookoła. Nieliczne wystające pagórki są intensywnie zielone, mocno kontrastują z obumarłymi drzewami. Dojeżdżamy do guesthouse’u przy drodze, który w sezonie jest pełen ludzi robiących Pętlę, teraz jesteśmy tylko my. Zdewastowany podniesionym poziomem wody krajobraz przypomina Mordor, trochę się podoba, trochę straszy. Dopiero później przypomniałem sobie mijaną wcześniej nową tamę i elektrownię wodną.

Kiedy ruszamy w stronę Tha Kheak, ostatni odcinek znów po prostu zachwyca. Wyrastające wokół wielkie skały, pokryte zielenią również na pionowych ścianach dominują cały krajobraz. Co jakiś czas potrzebuję postoju, żeby po prostu popatrzeć i się ponapawać. Zdjęcia nie są w stanie oddać całej tej przestrzeni i rozmiarów kamiennych ścian, łapiemy za to parę ciekawych widoczków we wsiach:


Ciągniki takie, jak na zdjęciu są strasznie popularne i widzimy je ciągle. Według mnie, przez strasznie niewygodny sposób zakręcania (trzeba te długie ‚wodze’ mocno wychylać przy ostrzejszych zakrętach), wyglądają trochę jak zbyt bezpośrednie przejście od zaprzężonego zwierzęcia do mechanicznego pojazdu.

Po prawie dobie w autobusach, dojeżdżamy z Tha Kheak do Luang Prabang. Miasto ma bardzo bogatą historię, było przez lata (do 1975, kiedy komuniści doszli do władzy) stolicą królestwa. Dziś pałac zmieniony jest w muzeum, zachowały się za to liczne aktywne świątynie, gdzie mnisi uczą się kontynuowania dawnej sztuki i rzemiosła. Atrakcją turystyczą stały się też poranne marsze mnichów przez miasto, w czasie których otrzymują jedzenie w darze od wiernych. Kiedy pierwsi ‚lokalni biznesmeni’ zaczęli sprzedawać obcokrajowcom jedzenie do podarowania mnichom, zaczęły się zatrucia i inne problemy, przez co mnisi rozważali odpuszczenie zbierania darów w centrum. Władze zagroziły jednak, że na potrzeby turystyczne wynajmą w takim razie figurantów w pomarańczowych ciuchach… ;)

Następnego dnia mieli do nas dojechać Paweł i Ruda, odpuściliśmy sobie więc większość zwiedzania na ich przyjazd i na spokojnie kręciliśmy się po mieście. Skorzystaliśmy z rekomendacji Lonely Planet (coraz mniej podoba mi się, jaką te przewodniki są siłą w branży turystycznej) i paru spotkanych turystów i udaliśmy się do knajpy Lao Lao Garden, której dewiza brzmi ‚Drink like a fish for the price of water’ – ‚price of water’ jest raczej brytyjski, jednak genialny nastrój i pomysłowe drinki z ryżowego bimbru są warte swojej ceny. Padamy spać i rano budzi nas dobijający się do drzwi Paweł…

Ban Lung

Tak w ogóle to jeszcze nie było tu ani razu napisane, jak działa waluta w Kambodży i czemu tak na zmianę podajemy dolare i riele. No więc, w kraju funkcjonują dwie waluty: dolar i riel, zupełnie równorzędnie. Na zachodzie kraju działa jeszcze ponoć tajski bat. Sprzedając jednego dolara w kantorze można dostać 4090rieli, jednak kurs wymiany obowiązujący we wszystkich transakcjach jest sztywny – przyjmuje się, że dolar to równo 4000r, żeby niepotrzebnie nie utrudniać sobie obliczeń. Ceny w miejscach dla turystów podawane są więc w dolarach, z reguły z dokładnością do 25 centów. Centów oczywiście nie ma, więc gdy zapłaci się za kawkę kosztującą 0.5$ jednodolarówką, otrzymujemy 2000r reszty. Nie widać zupełnie żadnej różnicy między obiema walutami – żadnej preferencji, żadnego wymagania płacenia jedną, konkretną. Jedyny problem z dolarami jest taki, że wraz z nominałami zbyt szybko rośnie wartość banknotu, więc płacąc czymś większym od piątki możemy już narobić trochę zamieszania z wydaniem reszty. Od systemu, który rok temu z ekipą poznaliśmy w Uzbekistanie różni się to mocno – tutaj dolar jest powszechnie dostępny, tam jest trudną do zdobycia walutą do lokowania oszczędności. W Uzbekistanie płaci się więc dolarami, które jakby ‚przepadają’ – ciężko przy podwójnym kursie wyznaczyć jakąś resztę, zresztą wydanoby i tak tylko lokalne sumy. Tutaj nikt się kurczowo dolara nie trzyma i płacąc piątką za zakupy na 1.5$ można dostać 10000r i jednodolarówkę reszty – jak akurat wypadnie.
To taka krótka wstawka o realiach – wspólnego z dalszą historią nic nie mająca;)
Ciąg dalszy tej strony »

Angkor

Pierwszego dnia zerwaliśmy się z rana, żeby zaliczyć popularny wśród turystów wschód słońca nad świątynią Angkor Wat. Wypożyczyliśmy rowery (o 4:30 rano recepcja okazuje się być zupełnie normalnie otwarta) i ruszyliśmy. Gdy jechaliśmy już drogą prowadzącą do świątyni, mijały nas całe masy tuktuków, autokarów i motocykli. Cała pielgrzymka uderzyła wpierw na parkingi w pobliżu świątyni, a potem, już pieszo, w stronę bramy w odgradzającym ją murze. Za bramą otwierał się widok na kilkaset metrów otwartej przestrzeni, kończące się najbardziej popularnym na zdjęciach widokiem świątyni. Angkor Wat, jesteśmy. Ciąg dalszy tej strony »

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.