Adam na Szlaku, czyli historie z wyjazdów różnych

Moja mała wyrypa

Wyrypa – bo szedłem dużo jak na mnie. Potem się okazało, że SKPB z Katowic organizuje jednodniową przebieżkę, ‚Wyrypę’, po pierwszych 100km szlaku;)

Drugi dzień zacząłem dziarsko dwoma pobudkami. Pierwsza, oczywiście nieudana, o 5:30 zakończyła się całkiem racjonalnym wytłumaczeniem sobie, że jeszcze nie muszę wstawać. Druga, też wczesna, była już udana. I tak od siódmej z minutami byłem na szlaku, który miałem zupełnie dla siebie. Wisząca mgła, puste zabudowania od wyciągów i nieotwarte jeszcze knajpy przy nich. Jedyni ludzie po drodze to ci pracujący przy wyrębie drewna. Poza ludźmi spotykałem też inne stworzenia, jak salamandra na zdjęciu poniżej.

Plan na dzień zakładał próbę dotarcia do Węgierskiej Górki, z ew. odpuszczeniem sobie na schronisku pod Baranią Górą. Starałem się więc jakoś w miarę trzymać tempo, ale też za szybko się nie zajechać. Pierwsza większa przerwa wypadła w schronisku na Stożku Wielkim, zupełnie zalanym mgłą. Pucha tuńczyka, pogaduchy z obsługą i w drogę. Mimo, że prognoza mówiła o deszczu, cały czas trzymała tylko przyjemna deszczowa aura i lekki chłodek, w którym chodzi się najlepiej.

Wchodząc na Kiczory zauważyłem, że mgła się rozprasza i jestem na tyle wysoko(990m), żeby mieć pierwszy widok na okolicę bliższą i dalszą. Zarazem byłem na tyle nisko, żeby widzieć czarny brzuch lecącego na mnie wielkiego, szybkiego cielska zbliżającej się deszczowej chmury. I wyszło słońce, żeby jeszcze pokolorować okolicę. Działo się ;) A deszcze w końcu mnie jakoś minął (w sumie przez moje pierwsze 3 dni w drodze szedłem zupełnie suchy a każdego innego turystę gdzieś wtedy zlało).

Zszedłem do przeł. Kubalonka, z której miało się zacząć podejście na Baranią. Wśród bud z ciupagami i automatem do gry (takie bicie młotkiem wyskakujących robaków) zrobiłem sobie kolejną przerwę na osuszenie butów i oglądałem na mapie kolejny odcinek. Szlak miał mnie dalej poprowadzić przez jakiś czas po drodze prowadzącej do Zameczku Prezydenta RP. Postanowiłem więc wypatrywać limuzyn na warszawskich blachach i w razie ich wypatrzenia spróbować wbić się na obiad ;) Niestety, w końcu nikt nie jechał. Właściwie, to nawet nie wiem, czy prezydent tam bywa.

Koło schroniska na Stecówce spotkałem małżeństwo około pięćdziesiątki, które dało mi trochę pokombinować. Spytali: „Przepraszam, czy ten szlak prowadzi do Czarnego?”. Mówię, co wiem: „Nie wiem. Na pewno idzie na Baranią Górę”. „Aaa, to nie. My szukamy takiego, co schodzi z Baraniej”. Myślę sobie, że czysto teoretycznie to ten sam szlak, ale w drugą stronę… No nic, dałem panu obejrzeć mapę i samemu zaplanować sobie drogę.

Przysłop pod Baranią Górą, schronisko. Niedługa rozkmina i decyzja, że po obiedzie pójdę do Węgierskiej Górki. Powinienem trafić na miejsce około 21:00, jeszcze będzie jasno. Przy podejściu na Baranią trochę się sfilmowałem – odwracam się zobaczyć drogę za sobą, a tu 100m dalej widzę rękę wystającą zza drzewa. Ruszyłem dalej do góry, odwróciłem się po chwili i już na pewno – jakiś koleś znów się chowa za drzewo. Wolałem się nie zastanawiać za dużo, przyśpieszyłem kroku, żeby dojść do wieży na szczycie, gdzie zawsze kręcą się jacyś turyści. Kiedy i mój tajemniczy towarzysz tam doszedł, okazał się być jakimś spokojnym, skołowanym panem ;) Chyba po prostu mijał błoto szerokim łukiem, a oparty o kolejne drzewa odpoczywał.

Z Baraniej widok piękny, tylko stok od wschodniej strony jeszcze bardziej przetrzebiony niż pamiętałem. Ponoć to już nie kornik rozrabia, a w imię zysku i dla wymiany drzewostanu na odporniejszy kontynuuje się wycinkę w niektórych miejscach – tak słyszałem potem. Ważne, że wreszcie ktoś ogarnął, że jak się wycina drzewa, to też te z oznaczeniami szlaku lecą. Poprzednim razem w tych okolicach musieliśmy na powycinanych drzewach leżących koło drogi szukać oznaczeń- teraz powbijano tyczki, ciężko się zgubić.

Zauważyłem, że piję trochę więcej wody i skończy mi się zanim dojdę – nic groźnego, tylko nie spodobał mi się dyskomfort, więc przyśpieszyłem kroku. Między Baranią a Magurką Wiślańską wpadłem na stado owiec przeganiane przez baców. Nie panów w kapeluszach, skórzanych spodniach i kamizelkach, niosących ciupagi, tylko takich true: ogorzałych, zarośniętych, w dresie, w byle bluzie, czapce. Powiedzieliby, że jestem w Gruzji – uwierzyłbym:)

Na zejściu jeszcze cała masa jagód, strumyk ze świeżą wodą i po chwili zaczęły się pierwsze domostwa. Spotkałem myśliwego wracającego z lasu, któremu było po drodze ze mną. W rozmowie zacytował paru profesorów ekonomii, wyliczał z pamięci liczebności wiosek, stany zatrudnienia w okolicznych większych zakładach pracy i koszta inwestycji – i w końcu przedstawił się jako członek władz sołectwa. Gdy się rozstawaliśmy pół godziny później byłem już naprawdę pod wrażeniem tego, ile się tam dzieje.

Nocleg zaplanowałem na znanym mi już polu namiotowym prowadzonym przez harcerzy. Zamknięta brama, zamknięta furtka. Dzwonię i okazuje się, że jestem jedynym gościem. Przemiła pani, której harcerze zostawili pole pod opieką na czas wyjazdu na obóz po krótkiej rozmowie najpierw stwierdziła, że zostawi mi jeszcze kanciapę otwartą, żebym sobie mógł z czajnika i naczyń korzystać. A potem, prezentując kanciapę, uznała że właściwie jest to lepsze miejsce do spania dla mnie i mogę się tam rozłożyć. I że ufa, bo student. Potem jeszcze wspomniała, że tego dnia rano jej syn, mój rówieśnik, zdobył Mount Blanc. Myślę więc, że jej gościnność była przede wszystkim prezentem dla mojej mamy;)

Trochę się ogarnąłem, położyłem aluśkę na twardej podłodze, zasunąłem drzwi kanciapy fotelem i ani się obejrzałem a już mnie nie było.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s