Adam na Szlaku, czyli historie z wyjazdów różnych

Odcinek ze wspomnieniami

Kolejny odcinek: Węgierska Górka – Hala pod Rysianką. Jego pierwszy fragment przechodzę czwarty raz, więc już prawie z pamięci (ostatni raz szliśmy tędy z Michałem w lutym). Na początku nie jest najłatwiej się w ogóle zebrać z pola namiotowego. Wyszło słońce, jest chill, w planie raczej nie mam dojścia aż do Hali Górowej (koło Miziowej), gdzie odkryliśmy z Dorotą rewelacyjną bazę namiotową.

Droga na Rysiankę jest cały czas lekka i przyjemna, a największą niedogodność stanowi tylko narastający gorąc. Nie dość, że się człowiek poci chwilami tak, że pot zalewa oczy, to jeszcze powyłaziło na ścieżkę pełno jakichś gadów czy płazów i straszą uciekając nagle spod nóg. Niektóre nie uciekały, bo leżały zabite. A z tych jednak uciekających to rekordzista miał dobre 40cm.

Duża część szlaku prowadzi przez hale czy inne odsłonięte fragmenty, więc widoki zatykają co chwilę. Do wrażeń dochodzą jeszcze porozrzucane wszędzie fragmenty rozmów z poprzednich wyjazdów. Tu Dorota się cieszy, że biegała przed wyjazdem, tam rok później mówi coś o Henryku, tu Irmina boi się kotleta, tutaj siedzimy wszyscy i po prostu odpoczywamy. Do tej chaty wchodzimy z Kwasem i zwiedzamy, podczas gdy dziewczyny czekają. O, a tam z Michałem doganiamy ekipę idącą na watrę. A tu Cień ma mokre buty i zostajemy na noc.

Doszedłem do schroniska na hali pod Rysianką, gleby nie mogę wziąć bo są pokoje wolne. Będzie chyba ciepła i sucha noc, więc idę na pole namiotowe. Przy miejscu ogniskowym rozsadza się jakaś ekipa, więc się dołączam, żeby zjeść w towarzystwie swoją wieczorną puchę. Ekipa była przednia: Maciek, w schronisku od października i jego znajomi. Wśród nich przyszły saper zabawiający nas anegdotkami o afgańskich rodzinach żyjących latami z bombą pod wycieraczką i w jednej z szuflad – tak na wszelki, i o cechach dobrego sapera (dokładniej – „nie macie być dobrzy, ma was być dużo”). Do tego historie o wędrówkach po górach, w ilości takiej, jaką mają tylko ludzie mieszkający mniej niż 12 godzin jazdy stąd. I tak się zasiedziałem, że nagle było cztery godziny później, a kilka kieliszków Żołądkowej w głowie zapraszało do snu.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s