Adam na Szlaku, czyli historie z wyjazdów różnych

Gorce

Nie wiem dokładnie jak to wygląda wg oficjalnej regionalizacji. Dla mnie Gorce zaczęły się na Zakopiance, gdzie wysiadłem z PKSa z Krakowa(dokąd trafiłem nocnym pociągiem z Gdańska). W samym PKSie: kierowca-gaduła całą drogę ubarwiał pierwszym rzędom podróż opowieściami. A miał co opowiadać. Poza całkiem rozbudowanymi historiami o różnych korupcjach w lokalnych pekaesach (ktoś zostaje dyrektorem, doprowadza do ruiny, potem firma, przypadkiem jego, kupuje dworce i inne pozostałości) mówił też dużo o życiu w Izraelu i swoich podróżach po Europie. Jego wujek i ciocia mieszkający w Hajfie mają, w przeliczeniu, odpowiednio po 10 i 8 tys. złotych emerytury. A koszta życia są prawie takie same – mięso droższe a owoce i warzywa tańsze. Żyją w domu na wzgórzu nad Hajfą, z widokiem na zatokę i miasto. I jeden szkopuł – w zasięgu libańskich rakiet, którymi czasami ostrzeliwany jest kraj.
Poza tym: wszystkie mieszkania budowane są z obitym ołowiem pomieszczeniem, żeby w razie ataku nuklearnego się chociaż części ludzi udało przetrwać. Życie w stanie ciągłego zagrożenia, jednocześnie w bardzo rozwiniętym państwie. Kierowca autobusu miejskiego ma dwa przyciski do dyskusji z pasażerami – pomarańczowy do ostrzeżeń i czerwony do wzywania policji. A policja pojawia się w nieomal kilkanaście sekund, tyle jej wszędzie jest. No i każdy kierowca autobusu ma spluwę, tak na wszelki.
Cała historia została świetnie podsumowana (choć to zdanie akurat gdzieś w międzyczasie padło) : „No więc wróciłem do naszej Polski, kupiłem autobus i dzierżawię tę linię od pekaesu. I jestem najszczęśliwszy na świecie, nikt mi nie strzela i czasem się jeszcze z pasażerem mogę pokłócić’.
Wysiadłem, odebrałem swoje rzeczy i ruszyłem pierwszym odcinkiem, do Rabki. I tam właśnie zaczęły się dla mnie Gorce – ładna okolica, przyjemne ścieżki i najgorzej oznaczony szlak. Trochę nim idąc, trochę chodząc w jego poszukiwaniu, doszedłem do Rabki, obejrzałem znajome miejsca i ruszyłem, mierząc w nocleg na Turbaczu.
Znalazłem miejsce, w którym rok temu z Michałem zgubiliśmy szlak (jeszcze w mieście) i miejsce, w którym znów go znaleźliśmy (gdzie, jeżeli dobrze pamiętam, jakaś czwórka ludzi w osobowym aucie w błocie się wówczas zaczynała orientować, że do schroniska niekoniecznie da się dojechać;) ). Dochodząc do bacówki na Maciejowej, już czułem zaczynający się deszcz. Na miejscu jakaś kolonia albo sanatorium, w każdym razie – pięćdziesiątka gimnazjalistów. Wpadłem na jadalnię, zająłem krzesło, zaczął się deszcz, wlali się oni i obsiedli wszystko, co zostało. Gospodarz opieprzył któregoś za niezapłacenie za kibel, pełno z nich narzekało, że zostali wyciągnięci w te góry. Ciekawe, czy jeszcze niektórym z nich się odmieni.
Przestało w końcu padać, ale przez opóźnienie doszedłem tylko do Starych Wierchów. Nocka na glebie okazała się być całkiem luksusowa: sam na małej jadalni, dwie ławki zsunięte utworzyły łóżko, a jakimś cudem przez nikogo niezauważony prysznic (wszyscy chodzili piętro wyżej) stał się moją prywatną łazienką. Na miejscu mało osób (kolejny ojciec z synem – tym razem syn w moim wieku).


Kolejny dzień to trasa przez Turbacz na Lubań. Wychodzę we mgle, wygląda toto na świetne warunki do marszu: rześkie powietrze i nie pada. Więc w drogę. Chwilę przed Turbaczem dopadł mnie deszcz, ale nic to. Po drodze jagody. W schronisku herbata i trochę znaleźnego ciasta (kto w ogóle zostawia pół szarlotki!?). Mogę iść dalej.

Nadal pełno mgły. Z żalem mijam kolejne tabliczki opisujące panoramy. Ściana mgły chwilami tak blisko, że wydaje się, że na niej można by narysować, co się za nią skrywa;)
W porze obiadowej nie mogę znaleźć miejsca(nie ma ludzi, to nikt nie gotuje). Pogoda cały czas się psuje, jeszcze nie pada. Wreszcie, w Studzionkach, przemiła pani oferuje zupę. Bym zadzwonił wcześniej, to by pierogi były jeszcze (na takie okoliczności dla ew. czytelników przygotuję kiedyś zestawienie miejsc, co mi się udały). Waza krupniku i chleb. Jem chyba ze 4 pełne talerze. Zapłaciłem piątaka!
Wychodzę już w deszcz. Myślę – nic to. Przez godzinę idzie się naprawdę spoko, tylko słychać przybierające na sile grzmoty. Szlak czerwony znakowany parszywie, ale na szczęście idą wraz z nim jakieś rowerowe(nie ma ich na mapie, ale mocno wierzę, że też idą na Lubań;)), co jakiś czas jednak też moje znaki.
Aż się zaczęło – przyszło pierdolnięcie. Najpierw, kiedy już myślałem, że pada deszcz, zaczął naprawdę padać deszcz. Spodnie stały się ciężkie, kurtałka momentalnie przesiąkła. Fak, nie mam stuptutów w klapie, musiały zostać w Gdańsku. W minutę czuję jak spodnie przylegają, skarpety mokną i knotem wciągają wilgoć w buta. Dużo wilgoci.
Potem, przyszły pioruny. Wszędzie dookoła taki sam las, więc nie ma różnicy czy idę czy stoję. Więc idę, żeby szybciej dopaść bazy. I liczę po każdym błysku ‚sto dwadzieścia jeden, sto dwadzieścia dwa…’. Kilometr, trzy kilometry, kilometr. Znów błysnęło, doliczyłem chyba do dwunastu i przyszedł grzmot. Rozglądam się – wszystko jakoś wyżej… O, przykucnąłem od huku. Adam, bądź racjonalny – grzmot dociera po czymś, co już się stało. Idę. Nie przestaje lać i na chwilę wychodzi słońce.
W końcu się uspokoiło i już tylko napierałem, żeby się ogrzać w bazie na Lubaniu. Widoczność nagle się poprawiła, resztki chmur pełzają po okolicznych pasmach, widok warty zdjęcia.

W końcu wchodzę na Lubań, widzę bazę, dochodzę do niej i siadam koło pieca.
Baza na Lubaniu okazała się być słynną bazą z naleśnikami, o której słyszałem po drodze. Oprócz naleśników jeszcze kociołek (zapiekane ziemniaki z cebulą i kiełbą) i żurek. Biorę bazowy namiot i oglądam straty. Trochę wody w plecaku, żarcie całe, elektronika cała, są suche ciuchy. Uff.

Nocka na bazie, suszenie rano, kilka naleśników do śniadania i lecę do Krościenka. Po drodze trochę się przeliczyłem na trzymaniu się rowerowych szlaków (jakiś czas jeszcze faktycznie widziałem czerwony szlak, potem gdzieś się musiały rozdzielić i wyszło mi, że jakieś 4km nadrobiłem). Koniec Gorców.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s