Adam na Szlaku, czyli historie z wyjazdów różnych

Beskid Niski czyli Mokry

Na granicy między Beskidem Sądeckim a Niskim znajduje się Krynica Zdrój, do tej pory znana przeze mnie tylko jako stacja końcowa co niektórych pociągów. Sklep, zasięg i próbuję ogarnąć nocleg. Już nie zdążę wyjść, więc pytam ludzi o tanie spanie na miejscu. Kierują mnie do lokalnego biura PTTK oraz do petetekowskiego domu turysty. Pierwsze zamknięte, do drugiego trzeba dojść kawałek dalej, na szczęście wzdłuż miejskiego odcinka szlaku. Pytani po drodze miejscowi, tłumacząc mi drogę, powtarzają dokładnie ten sam gest machania palcami koło nosa mówiąc o mijanym po drodze postoju dorożek i jego charakterystycznym zapachu. Dom Turysty PTTK „Rzymianka” nie ma miejsc, przemiły pan odsyła mnie do ośrodka obok, każąc przedstawić się jako jego stały klient, który się tym razem na miejsce nie załapał;) Ośrodek Adria (specjalnie kanalie z nazwy wymieniam), na wszystkich szyldach reklamujący się razem z usługami krawieckimi, świecił pustkami. Chłopak na wejściu skołował się prośbą o pokój dla jednej osoby („mamy tylko dwójki”) i nie był zbyt skory do przyjęcia rozwiązania najprostszego, mimo że po 20tej już nie zanosiło się, żeby mieli się zbiec ludzie chętni na wszystkie dwójki. Udał się za to na konsultacje do jakiegoś pokoju, skąd przez niedomknięte drzwi dobiegł mnie przepity głos jakiego dziada „Gadaj mu kurwa czterdzieści i bez gadania”. Drogo i niemiło, podziękowałem i poszedłem. Po drodze widziałem na kilku zaparkowanych maluchach szyldy z numerami telefonów i opcjami na o połowę tańsze miejsca.
Samo włóczenie się po Krynicy – tłum przewalających się kuracjuszy. Zewsząd uderzają na zmianę zapachy gofrów, piwa i parszywej knajpy z bardzo parszywym fastfoodem, która to piwo serwuje. Wszystko doprawione stanowczo nadużytymi perfumami zmanierowanych starszych pań. Muszę spieprzać czym prędzej.
Wreszcie się dodzwoniłem do kogoś, dostałem numer do kogoś innego i namiary na miejscówę prawie 2 kilometry od centrum. Szfak, jeszcze będę się musiał przebijać raz przez ten ścisk. Na szczęście – szlak zakręca tam, gdzie ja. Pnę się dalej, szlak też. I odbija w las tuż przed podanym mi adresem, gdzie znalazłem ośrodek o wdzięcznej nazwie „Adam” :) Przemiła prowadząca go pani, warunki do przeprania się i nie muszę wracać do centrum. Uff.
Następny dzień zaczął się całkiem leniwie, patrzeniem na schnące pranie. Mąż właścicielki zdziwiony, że piję Kubusia a nie piwo czy coś mocniejszego. „Ja mówię, wszystko dla ludzi, nie? Ponoć nas ten Bóg na swoje podobieństwo stworzył, ale jak my wszyscy pijaki to co o nim powiedzieć?”. Potem jeszcze gadka o turystach. „Narzekają mi tu, że miejsce na drugim piętrze dostali, ale z dołu (czyli centrum) zapierdalają całą drogę na piechotę! No mówię, no, na idiotów Bóg chyba wszystkich ludzi stworzył.”
Wreszcie ruszam z Krynicy. Zdjęcia żadnego nie zrobiłem, bo mi się nie podobało.
Droga bardzo przyjemna, słonko świeci. Po przejściu pierwszej rzeczki przyjemny odpoczynek z podziwianiem widoków i patrzeniem, jak świeci słońce.

W miejscowości Mochnaczka, do której wkroczyłem, zaczął się zdecydowanie najgorszy i najbardziej zaniedbany odcinek szlaku. Grupa miejscowych przy piwku życzyła mi szczęścia w drodze i nieomal znów się zatrzymałem na chwilę;)

Po drodze dopada mnie deszcz, wypadam na kolejną szosę (szlak prowadzi w poprzek kolejnych dolin, więc co 2-4 godziny jest jakaś miejscowość) i szybko do sklepu. Kolejne przejście, do miejscowości Izby okazuje się już być ostatnim tego dnia. Przez złe oznaczenie szlaku na mapie i w terenie (na mapie zakręca w lewo, w terenie daje się tylko jeden znak znaleźć, więc na lewo od niego szukam drogi) całkiem srogo władowałem się w las. Trzymając się mapy znalazłem jedyne dostępne wejście w las, obok całkiem długiego płotu. Potem przez godzinę w kółko: same chaszcze, postanawiam odpuścić, wtedy 100m dobrej ścieżki bądź drogi i nagle znowu chaszcze. Kiedyś sprawdzę, jaki szczyt niechcący zdobyłem ;) Uznałem, że dalsze przedzieranie się jest bezcelowe i zarządziłem sobie odwrót. Mocno już styrany, poszukując noclegu, zauważyłem jeszcze miejsce, gdzie szlak odchodzi od drogi i cisnąłem kilka słów o autorach mapy.
Pensjonacik w Izbach, w którym się zatrzymałem, to prawdziwy raj dla ludzi, którzy cenią spokój. Cała miejscowość nie ma zasięgu w żadnej sieci komórkowej. Turyści wykonują tylko telefon z domu gospodarzy, aby oznajmić szczęśliwy dojazd na miejsce i podać stacjonarny numer na wypadek „śmierci lub pożaru”. I cieszą się ciszą i lasem.

Następnego dnia ruszyłem pewnie na odkryty wcześniej dalszy odcinek szlaku. Poza starszym małżeństwem robiącym GSB etapami, od strony Wołosatego, spotkałem jeszcze dwóch kusicieli. Pierwszy proponował podwózkę samochodem po leśnej drodze, drugi powiedział, że szlakiem na Kozie Żebro nie da się przejść przez wezbrane potoki i polecił wygodne przejście nowopołożonym asfaltem. Oczywiście – nie uległem :)
W Hańczowej, przeczekując kolejną burzę w kolejnym sklepie, trafiłem na ekipę studentów z plecakami. Doszli trochę później ode mnie, dość przemoczeni, w nieco dziwnym składzie. Poza chłopakiem z plecionym koszykiem jeszcze dwóch kolesi wyglądających na miejscowych. Między sobą mówili raz po polsku, raz jakoś inaczej. Hmm, ukraiński? Zapytam.
I tak spotkałem pierwszych na mojej drodze Łemków. Okazało się, że w weekend zaczyna się Łemkowska Watra, więc wybrali się chwilę wcześniej pochodzić po okolicy. Właściwie szlibyśmy razem do Regietowa, jednak już jeden z miejscowych Łemków zabierał ich do siebie na obiad. Wspominali o całej masie życzliwości ze strony tych swoich rodaków, którzy jeszcze się w tych okolicach ostali.
Droga na Kozie Żebro od razu zaczęła się mocno, od wody po kolana. I od tej samej wody po kolana z powrotem chwilę później, gdy zaczepił mnie miejscowy, żeby powiedzieć, że ścieżka przebiega teraz drugą stroną potoku i oznaczenia szlaku prowadzą teraz właściwie środkiem wody ;)
W drodze na Kozie Żebro zauważyłem, że las dookoła mnie już nieco „zdziczał”. Nikt nie przecina drzew zalegających na szlaku, nowe ścieżki wytyczają się same, naokoło. Pogoda tylko przydawała mroku temu zapomnianemu lasowi.


Po dość lekkim podejściu hardkorowe zejście (ah, kiedyś trzeba tędy w drugą stronę!) i jestem w studenckiej bazie w Regietowie.

Właściwie o noc później niż chciałem, ale za to tym radośniej przywitany przez bazową i bazowego, którzy tego dnia nie mieli żadnego innego gościa poza mną. Wieczorem załapuję się nawet na naleśniki z wszechobecnymi w okolicznych lasach malinami:)

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s