Adam na Szlaku, czyli historie z wyjazdów różnych

Beskid Niski, czyli Mokry – ostatnia jego część

Z Marcinami szliśmy odcinkiem, który miał się zakończyć w okolicach góry Cergowej. Po drodze dolina, nazwana efektownie Doliną Śmierci po wyniszczającym austriacko-rosyjskim starciu w czasie pierwszej wojny. Po drodze też całkiem ładna cerkiew, w której dzięki historycznemu zainteresowaniu i wykształceniu jednego z Marcinów załapaliśmy się na dokładne wytłumaczenie symboliki poszczególnych obrazów. I jeszcze spotkaliśmy parkę, która też pokonywała cały GSB w naszym kierunku – aż zaczęliśmy się zastanawiać, czy do Wołosatego dojdziemy w dwadzieścia osób;) Oddzieliło nas od nich jednak już pierwsze forsowanie ‚na skuśkę’ pokrytego łąką zbocza górki, przez którą mniej więcej powinien przebiegać szlak.

Po drugiej stronie szczytu jedna z lokalnych atrakcji i miejsce pielgrzymek: Pustelnia św. Jana. Zerkający do kościółka Marcin natknął się na zakonnika, który aktualnie urzędował w pustelni. Brat Tadeusz zaprosił nas na herbatę, kazał wyzerować postawiony na stole karton drożdżówek i rozmawiał z nami przez jakieś pół godziny. Okazało się, że do niedawna pustelnia stała w lesie (w tej chwili stok przed nią pokryty jest trawą), jednak parę lat temu zaraz przed kościołem obsunęła się wielka masa ziemi i odsłoniła pustelnikom i pielgrzymom widok. Z bijącego nieopodal źródła o magicznej mocy uzdrawiania uzupełniliśmy wodę i zeszliśmy do Nowej Wsi – my, aby szukać noclegu a Marciny aby wchodzić dalej na Cergową, na której chcieli się rozbić (ostatecznie okazało się, że trafili na łąkę w połowie drogi, chyba trochę myśląc, że to już szczyt).
W miejscowości, na pierwszy rzut oka zamieszkałej głównie przez rzucające się na płoty i pokazujące kły psy, wypatrywaliśmy ludzi gotowych dać nam się rozbić w ogródku. Zagajony pan powiedział, że sam ma córkę na studiach, więc chętnie nam pomoże. Ostatecznie udało się nie tylko dostać miejsce w ogródku, ale też ciepły prysznic, herbatę i kolację. Okazało się, że trafiliśmy do domu radnej, która miała całkiem dużo do opowiedzenia o swojej działalności w okolicy i założonym stowarzyszeniu, które pozyskuje kasę na wypoczynek młodzieży.

Następnego dnia droga w górę, na Cergową. Po drodze strzeliłem kilkanaście zdjęć owadziego porno. Trzeba przyznać, że robaczki całkiem ładne:)

Pierwszy większy postój po drodze wypadł w Lubatowej. Akurat kończył się jakiś bieg ‚ku pamięci’, w którym, jak się okazało, biegł Piotrek z Teodorówki i jeszcze dwie osoby z tamtej ekipy. Chwilę pogadaliśmy, okazało się, że Marciny są jakieś trzy godziny przed nami. Dwa razy przygadał się do nas Tadek – miejscowy trzydziestolatek, który mówił wierszem o potrzebie kochania i bycia kochanym. Do tego był bardzo pijany. Opowiadał, jak to jego żona jest wspaniała i niezadowolona, że się tak upił. Powiedział też, żebyśmy uważali w Lubatowej, bo czasem tu biją ludzi, co według niego nie jest dobre. Kiedy się żegnaliśmy pochwalił się, że nie zapomniał mojego imienia (czyli – Piotr ;>) mimo swojego stanu.

Szlak prowadzi dalej przez dwa kolejne uzdrowiska (po Krynicy jestem już nieco uczulony na człon ‚Zdrój’). Już na kilometr przed Iwoniczem zaczęły się pojawiać pierwsze oznaki uzdrowiskowej okolicy – czyli kuracjusze na spacerze. Kuracjusz to szczególny rodzaj człowieka, o którym możnaby się długo rozpisywać. Wyróżnia go często ubiór wyraźnie zbyt elegancki na okoliczności (np. spacer asfaltówką idącą przez las) jego noszenia. Jeżeli jest starszą panią, to jest dodatkowo zmanierowany, w kapeluszu, w apaszce, długie metry za nim ciągnie się zapach stanowczo nadużytych perfum.

Wkraczając do Iwonicza Zdroju, nastawiony co najmniej sceptycznie, strzeliłem od razu zdjęcie lokalnego basenu na świeżym powietrzu. I schowałem aparat na resztę miejscowości (gdyby nie była ze mnie zawzięta kanalia, dodałbym, że nie wypadła tak strasznie jak Krynica – ale nie dodam).

Drugie uzdrowisko – Rymanów Zdrój. 12 lat temu przyszło mi odsiedzieć tu 40 dni, więc byłem całkiem ciekawy, jak zmieniły się znane miejsca. Pamiętałem ze 4-5 ośrodków dla dzieci, w każdym po kilkadziesiąt do stu osób i wielkie tłumy w trakcie wspólnych eventów. Oraz schizową piosenkę ‚W Rymanowie słonko świeci, to słonko jest dla wszystkich dzieci…’. W tej chwili nie zostało prawie nic. Dom ‚Krystyna’, w którym spędziłem większość czasu to całkiem spoko willa z początku XX w., więc jest wystawiony na sprzedaż.

Drugi, ‚Polonia’, to komunistyczny klocek – więc robią z niego jakiś szpital. Dzieciaków nie zostało więcej niż kilkadziesiąt w jednym z najmniejszych domów. Spotkałem jeszcze pana, który pracował w ‚Polonii’ za moich czasów i opowiadał coś o masowym piciu tanich win przez dzieciaki tamtego lata, ale chyba byłem wówczas jeszcze za młody, żeby ogarnąć, ze coś takiego się działo.

Z Rymanowa wychodzimy o 19tej, na mapie jeszcze jakieś 2 godziny do bazy namiotowej. No nic, będzie finisz po ciemku. Spotkana ekipa idąca z naprzeciwka opowiada o hardkorowej górce z błotem. Nic to – błoto towarzyszy mi przecież od blisko tygodnia. Po godzinie schodzimy z łąki z widokiem i zanurzamy się w ciemności lasu. Najpierw po równej drodze, z głębokimi do łydki kałużami błota – luz, da się omijać i iść w miarę sprawnie. Potem zejście w dół, lekka mgła, deszczyk i i kompletna ciemność. I tak przez godzinę. Coraz bardziej stromo i ślisko, coraz mocniej pada. Jestem zachwycony, bo ile można łazić po górach w słońcu i dobrej pogodzie? W końcu zejście w dół, przez jakiś strumyczek, światło ogniska i jesteśmy na bazie w Wisłoczku. A tam dwa Marciny i bazujący Paweł – przewodnik beskidzki i świetny znawca okolic. Do późna słuchamy więc jego opowieści o Łemkowszczyźnie, o Zamieszańcach, którzy żyli w kilku wsiach otoczeni wyłącznie polską ludnością (stąd nazwa – zamieszali się między Polaków) i o lokalnych Zielonoświątkowcach. Okazało się, że ci ostatni osiedlili się w okolicznych wsiach w latach 60tych ubiegłego wieku. Jako badacze Pisma Świętego, ciągle weryfikują na jego podstawie swoje prawdy wiary. I tak właśnie 50 lat temu, ktoś ponoć wyczytał rychłe nadejście końca świata. Całe rodziny przeniosły się więc w góry, aby wspólnie i w spokoju go oczekiwać. Dziś żyją tu z agroturystyki i krów.

Ostatnio pisałem już, że bazy studenckie mają to do siebie, że strasznie ciężko mi się z nich wychodzi. Kiedy juz oba Marciny ruszyły dalej, my ociągaliśmy się jeszcze na tyle długo, że zdążył przyjść deszcz, który dodatkowo nas rozleniwił. Przeczekiwanie deszczu skończyło się decyzją o pozostaniu na jeszcze jedną noc i ogarnięciu się na spokojnie.

Baza jest prowadzona przez rzeszowskie koło przewodników i jest naprawdę na wypasie. Do mycia się służy pobliski wodospad z wetkniętą rurą, postawiona jest porządna studnia a kuchnia pełna jest nie tylko sprzętu, ale też różnych przypraw, kawy itd. Do tego, na bazie postawiona jest… sauna! Wieczorem nadeszli zmiennicy Pawła, który ruszył przez góry (na azymut, bo w ich kole nie chodzi się po szlakach, tylko ‚najpierw tą doliną a potem drugi jar w lewo’) do swojej żony i chaty w Zyndranowej, gdzie bazują.

Nowa zmiana na bazie przyniosła ze sobą litry piwa, kiełbasę z dzika, zapał do rozpalenia sauny i w sumie cztery nowe osoby (dwóch bazowych i ich znajomych). Impreza była, zaliczyliśmy saunę i poszliśmy spać z mocnym postanowieniem wyjścia wcześnie.

Ostatnio pisałem już, że bazy studenckie mają to do siebie, że strasznie ciężko mi się z nich wychodzi. Nieco przepici obudziliśmy się późniejszym rankiem – kończące się żarcie zmuszało do poczekania na obwoźny sklep. Najbardziej szalejący dzień wcześniej koleś okazał się być na nogach już od 6 rano. Wyszedł na grzyby, których zebrał całą masę. Razem z nimi, zebrał też trochę ślimaków na śniadanie. Czy wie, jak je przyrządzić? Nie, ale coś wymyśli. Na czekaniu na sklep, obserwowaniu ekipy próbującej zjeść ślimaki (ugotowane ponoć smakowały jak żelki, ale nikt nie zjadł więcej niż gryza) i powolnym zbieraniu się czas minął do południa. Wreszcie ruszyliśmy.

Pierwsze 7km z bazy prowadzi po asfaltowej drodze, przez wioski zielonoświątkowców. Mieliśmy w planie dotrzeć do wiaty koło szczytu Tokarnia, albo do zaznoczonych na mapie zabudowań, gdzie spytalibyśmy się o nocleg. Do wiaty doszliśmy na luzie, w gęstniejącej mgle. Tam jednak skończyły się oznaczenia szlaku. Dalsza droga powinna być całkiem oczywista – azymut na szczyt – jednak mgła dawała jedynie kilkadziesiąt metrów widoczności. Ok, wiata to bezpieczna opcja, tu się rozbijemy. I jeszcze stolik daje się przesunąć! O, i namiot się mieści akurat! Równo i pod daszkiem, bajka.

Rano widać już było Tokarnię i całą drogę na nią całkiem wyraźnie z samej wiaty. Szybko do góry i zejście do zabudowań z mapy, żeby uzupełnić wodę. Nowo wybudowana chata, starsi państwo. Leją wody, proponują zostać na herbatę, kawę, piwo. Super, kawa! Okazuje się, że chatę wybudował ich syn, absolwent psychologii, który teraz na Uniwersytecie Ludowym uczy się rzeźby. W chacie (bez prądu i wody, tylko ze wstawionym piecem) przetrwał ostatnią zimę. Kiedy rozmawiamy, o wodą pyta jeszcze przechodzący pan w długich, siwych włosach. Andrzej, bo tak mu na imię, przez kilka tygodni chodził po Bieszczadach i właśnie wkracza w Beskid Niski. Mówi tak cicho, jakby zapomniał, że inni ludzie powinni go słyszeć. Ma bardzo mały plecak i elementarną mapę (całe polskie Beskidy na jednej mapie, takie schematy szlaków). Jestem strasznie ciekaw, czy ma jakąś swoją historię, ale nadchodzi czas ruszać dalej, do Komańczy.

Po drodze trochę czasu tracimy na szukanie oznaczeń szlaku na wielkiej łące na szczycie. Cudowne widoki, pierwszy raz pokazują nam się Bieszczady. Pokazuje nam się też dość groźna deszczowa chmura, której cień na leżących w dole wioskach dość mocno odcina się od ostatnich miejsc oświetlonych słońcem.

Zaczyna padać. Chrzanić szlak, lecimy na dół. Jakiś rozjeżdżony samochodem ślad na trawie – leci w dół, więc się nada. Za granicą lasu pojawia się jakaś dróżka, więc jest git. Schodzimy na szosie koło Komańczy.

Przewodnik Paweł tłumaczył nam, że granice między poszczególnymi pasmami Beskidów są dość umowne. Bieszczady turystycznie zaczynają się od Komańczy – to widać od razu.

Bardziej geograficzne regionalizacje umieszczają granicę nieco dalej na wschód. W Bieszczady będziemy więc wchodzić przez 2 dni. Trafiamy do schroniska PTTK w Komańczy. O tutejszych pierogach słychać było legendy już wiele kilometrów wcześniej. Wszystko prawda, są mega.

W schronisku (właściwie to i w nim, i tipi postawionym obok, i gdziekolwiek na powietrzu znajdzie się miejsce) pomieszkuje Rumianek, nocny duch tego miejsca. Na pierwszy rzut oka ktoś na kształt starego pancura (krótko ogolony, tylko trochę włosów z tyłu, rozsznurowane glany). Po chwili rozmowy okazuje się być polskim Delawarem (Delawarowie to kanadyjscy indianie). Jak opowiada, jego przodkowie po którymś z naszych nieudanych powstań emigrowali do Kanady, gdzie następnie polska krew zmieszała się z indiańską. A on tu, w Polsce, kultywuje indiańskie tradycje. Kilka razy zaznacza, że ich nie propaguje, a jedynie wg nich żyje, m.in. ‚bo to złe, takie mieszanie energii’. Opowiada o indiańskim matriarchacie, w związku z którym np. Irokezi obradowali w dwóch kręgach: wewnętrznym-męskim i zewnętrznym-żeńskim. Mężczyźni obradowali i podejmowali decyzje. Kiedy skończyli, odwracali się w stronę kobiet. Jeżeli one machały głowami z dezaprobatą, wówczas wracali do swojego kręgu i obradowali od nowa.

Jeden nocleg i ruszamy w Bieszczady.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s