Adam na Szlaku, czyli historie z wyjazdów różnych

Bieszczady i koniec!

Bieszczady minęły całkiem szybko i mało spektakularnie, bo większość czasu kryły się za mgłą i niepogodą. W pierwszej kolejności – trochę mnie rozczarowały coraz większym zmanierowaniem i koncentracją na bogatym kliencie przyjeżdżającym na dłuższe wczasy. Jeden z nielicznych miłych akcentów ze strony mieszkańców (pomijając jeszcze personel schronisk i bazy studenckiej – wszyscy rewelacyjni) to starsza pani, wołająca do nas: ‚Po co tak w deszczu idziecie? Chodźcie do mnie zanocować!’. Liczę na to, że był to przejaw życzliwości i nie wyciągnęłaby rano cennika…

Po wyjściu z Komańczy kolejne dwa symboliczne wejścia w Bieszczady – przejście przez rzeki Osławicę oraz Osławę – każda przez część autorytetów uznawana za granicę pasm. Ostatni kawałek drogi już mocno improwizowanej jakości, ale do marszu idealny.

W Duszatynie bar ‚Dusza Jeziorek’, czyli Ostatni Bar na Szlaku. Ciężej w innych górach trafić na miejsca tego rodzaju. Plan zakładał tylko przejście po górze Chryszczatej i dojście do bazy namiotowej w Rabe, więc było dość czasu, żeby wypić po piwku i popatrzeć, jak świeci słońce. I przy okazji – jak bardzo zgraną kliką są okoliczni przedsiębiorcy działający w turystyce. Akurat się trafiło, że facet pijący dzień wcześniej z właścicielami schroniska w Komańczy teraz przyjechał na piwo do pani prowadzącej bar.
Droga na Chryszczatą okazała się dużo prostsza niż pamiętałem z poprzednich wyjazdów (i w 2001 i w 2005 trochę zdewastowała ekipę). Przechodzi się koło względnie młodych Jeziorek Duszatyńskich. W 1907 obsunęły się miliony ton ziemi i skał z jednego zbocza, które zagrodziły drogę spływającemu potokowi, tworząc trzy jeziora. Huk przy tym taki, że wszyscy mieszkańcy ponoć porzucili swoje domy na jakiś czas. Z jednego z jeziorek spuszczono przed wojną wodę aby odłowić ryby, pozostałe dwa leżą do dziś na terenie rezerwatu. Tyle pamiętam z tablic informacyjnych, przy których uwielbiam się zatrzymywać :)
Jeziorko położone niżej:

Jeziorko położone wyżej:

Na Chryszczatej:

I cyrk smoleński dotarł aż na przełęcz Żebrak:

W bazie namiotowej w Rabe jedna spoko ekipa z SGGW, jedna nie gadająca z nikim ekipa kolesi, którzy poświęcili wieczór na gotowanie wody z potoku i bazowa Wiera z córką. Trochę się z nimi zasiedzieliśmy rozmawiając i parząc herbatę z poznajdywanej w okolicy mięty.
Bazy studenckie mają to do siebie, że całkiem ciężko się z nich wychodzi. Tak było i tym razem. Mimo względnie wczesnej pobudki, jeszcze trochę się zagadaliśmy z Warszawiakami i ruszaliśmy dopiero około południa, już wiedząc, że dojdziemy tylko do Cisnej (wcześniejsze ambitne plany zakładały zerwanie się rano i dojście aż do Smereka).

W Cisnej wieczór spędziliśmy intensywnie, przyzwoicie upijając się w Siekieradzie. Knajpę zaliczyłem pierwszy raz. Widać tu resztki takiego trochę dzikiego, bieszczadzkiego klimatu – kolesi w kapeluszach, dredach, motocyklistów i takich zwykłych łazików, jak my. Prawdziwa atmosfera zaczęła się jednak dopiero, kiedy bardziej zmanierowana część gości dała sobie wybić z głowy szafę grającą i dopuszczeni do głosu zostali ludzie z gitarą.

Z Cisnej do Smereka przez Okrąglik i Fereczatą, lekką trasą we mgle i zimnie. W Smereku kolejne rozczarowanie Bieszczadami – sprawdzone tanie noclegi (siano i prowizoryczny pokoik przy stodole) oferują tylko cały domek na wynajem. Nikt za bardzo nie chce turysty z plecakiem na jedną noc. Wysyłają nas do pani, która ma ponoć siedem pokoików dla turystów. Otwiera nam drzwi, krótko lustruje nasze ubrania, nieco dłużej ubłocone buty. Jej chytre oczy w trakcie rozmowy ciągle szacują stan naszych portfeli. ‚Pewnie tylko na jedną noc, co?’. I odmawia. Ciskam pod nosem parę epitetów opisujących zachodzące tu zmiany i odchodzimy. Nocleg w końcu się znalazł, ale niesmak do okolicy pozostanie.

Na kolejny dzień ambitny plan – Wetlińska i Caryńska jednego dnia. Znów wychodzimy nieco za późno, ale powinniśmy się wyrobić. Szkoda tylko pogody, która nie daje do końca cieszyć się widokiem. Na Smereku postanawiam się jej nie poddawać i widok jednak popodziwiać:

Oto, co widziałem:

Smagani przez wiatr ciskający w nas deszczem (praktycznie tylko prawe połowy ciałą mokre), lecąc przez błoto, we mgle docieramy do ledwie widocznej Chatki Puchatka. Cztery ściany, bez wiatru i deszczu, uff. A w środku kilku turystów (takich, co podeszli z lepszej pogody na dole prosto do chatki) narzeka na nieszczelne okna. Ech… Z ciekawszych widoków – był jeszcze koleś, który szedł z ekipą po połoninie i na tym deszczu miał dwa śpiwory przytroczone na zewnątrz plecaka.

Między połoninami są Brzegi Górne a w nich pole namiotowe. Zachodzimy coś zjeść i ogrzać się przy ogniu. Trochę wbrew sobie (jest już całkiem późno i pada coraz mocniej) ruszamy w końcu dalej na Połoninę Caryńską. Kiedy już zaczynamy wchodzić na szlak, zatrzymuje nas strażnik graniczny z patrolu stojącego przy pobliskiej szosie. Najpierw sądzi, że złapał nas na próbie zanocowania w parku, potem z niedowierzaniem słucha, że chcemy dojść do Ustrzyk Górnych. Wtedy mówi o złej pogodzie i zmroku i znów z niedowierzaniem słucha, ile szlaku mam już za sobą (właściwie to ile szlaku już za sobą oboje mamy, bo zełgałem, że od początku razem idziemy;) ) i ile razy w takim deszczyku zdarzało się schodzić z czołówką. W końcu odpuszcza, jeszcze tylko nieufnie dopytując się, czemu od strony Brzegów Górnych a nie od Połoniny Wetlińskiej idziemy.

Połoninę Caryńską zrobiliśmy w deszczu i wietrze, prawie ją przeskakując na raz. Rzadko kiedy szło mi się tak dobrze :) A finisz faktycznie po ciemku i jeszcze z niespodzianką. Zamiast zapamiętanego przeze mnie mostka – z 10 kładek na jakichś mokradłach. Zamiast wyjścia na domki PTTK – jakiś duży parking. Chwilę ogarniamy i już się okazuje, że stoimy obok schroniska. A szlak przeniesiono, bo stara końcówka była zbyt zadeptana ponoć.

Wszystkie prognozy mówią, że kolejny dzień będzie jeszcze parszywy a potem zaczną się widoki. Postanawiamy więc jeden dzień przeczekać, żeby zobaczyć choć trochę w tych Bieszczadach. Następnego dnia prawie nie było – przespało się, pisało relacje, piło jakieś piwo, zagadało z nowymi ludźmi w schronisku i już kładziemy się spać.

I wreszcie ostatni dzień. Niby z Ustrzyk do Wołosatego jest praktycznie pętla i można na lekko, ale wychodzi nam, że na styk zejdziemy na pekaes do domu i może nie będzie czasu plecaków skądś odbierać. No i ja mam ambicję zrobienia wszystkiego z plecakiem. Btw – już w połowie wyjazdu zdążyłem zapowiedzieć rychłą śmierć mojego plecaka, widząc dwie dziury, przetarcia i puszczającą klamrę. Ale jak potem zobaczyłem miejsce zaszyte przez niemego szewca w Kazachstanie i jeszcze sobie przypomniałem, jak zrzuciłem plecak z przełęczy Kaznok, żeby samemu bezpiecznie zejść… chyba jeszcze dam mu szansę;)

Po drodze na Szeroki Wierch i Tarnicę robię sobie przerwę na polance widokowej i czekam na Olę. Obok mnie właśnie dwie ekipy zaczynają ze sobą rozmawiać i okazuje się, że i jedni, i drudzy są z Sopotu. No to jeszcze ja się odzywam i nawet się okazuje, że jednego z nich znam:) Widok z polanki całkiem niezły w porównaniu do poprzednich dni – widać obie połoniny, które dwa dni wcześniej pokonaliśmy.

Do Tarnicy droga na luzie. U góry trochę się zmieniło – pojawiły się solidne drewniane barierki. Kiedyś ludzie wchodzili na szczyt i rozsiadali na otaczającej go trawie, teraz poręcze trzymają ich na kamiennej części.

Droga spod Tarnicy, przez Halicz i Rozsypaniec ma zupełnie inne czasy na strzałkach niż mówi mapa – takie, że możemy nie zdążyć na najwygodniejszy obczajony powrót. Więc trochę się śpieszymy. Zwłaszcza, że dziś niosę w plecaku jeszcze połówkę Żołądkowej – do wypicia z pierwszą ekipą, jaką spotkam po zakończeniu szlaku. Od wiaty pod Rozsypańcem leci już tylko jakaś stara droga wzdłuż granicy. Tam lecimy już tak szybko, że wyprzedzamy całą masę turystów. Wreszcie zaczynają się pojawiać pierwsze znaki niedalekiego końca – wkraczamy do Wołosatego, które ciągnie się jeszcze przez jakieś dwa kilometry.

Aż wreszcie, chwilę później – jest!


Potem jeszcze zaczepiałem jakichś ludzi, żeby się ze mną napili, złapaliśmy stopa do Ustrzyk i zaczepiałem kolejnych ludzi aż skończyła się flaszka i przyjechał nasz PKS. Tyle.

Jeszcze napiszę chyba jakiegoś posta o sprzęcie, który zawiódł i który nie zawiódł, bo strasznie mi się takie zestawienie na jakiejś stronce kiedyś spodobało.

Reklamy

2 Komentarze

  1. Kasia K (kiedyś eŚ)

    Gratuluję osiągnięcia celu! I wytrwałości – chodzenie w deszczu raczej nie motywuje :)

    4 sierpnia 2011 o 11:05

  2. NIGDY nie byłam w Bieszczadach. A wcale nie mam daleko.

    4 sierpnia 2011 o 13:33

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s