Adam na Szlaku, czyli historie z wyjazdów różnych

Opuszczamy Europę

Pierwszy kontakt z Azją Południowo-Wschodnią i okolicami, ciekawe kto zgadnie gdzie to:


Pierwszy odcinek, czyli wydostawanie się z Europy, w skrócie:

  • Lot Ryanairem,
  • spanie na lotnisku w Oslo (bez imprezy, tylko z parką Francuzów uczyliśmy się nawzajem grać w karty),
  • lot do Stansted,
  • Basia twierdząca, że nie da się w UK jeździć stopem dała dodatkowy argument, żeby tak właśnie wybrać się do Cambridge. Droga z lotniska po kilku kilometrach (czy raczej – milach;) ) dojeżdża do autostrady, która leci w lewo do Londynu oraz w prawo do Cambridge. Nasz pierwszy złapany samochód jechał w stronę Londynu, więc mieli nas zabrać tylko do autostrady. W pewnym momencie jednak pani za kierownicą zadzwoniła do domu, żeby poinformować, że się trochę spóźnią, bo … podwożą miłych Polaków do Cambridge, do samego centrum!
  • zwiedzaliśmy Cambridge, spotkaliśmy się z Basią
    szukając Basi i cioci Oli byliśmy chyba jednymi z niewielu turystów, którzy wchodzili do budki telefonicznej, żeby naprawdę z niej skorzystać;)
  • Stop z Cambridge – pięćdziesięcioletni Anglik, w długich włosach, wyglądający na maks. 35-40 lata kończą z żoną spłacać dom i planują zrobić sobie gap year na podróż po świecie. A na początku lat 80tych jechali z żoną stopem do Grecji, więc czuje klimat.
  • trzy dni w Londynie (znalazłem Maca, w którym ongiś całą ekipą zaliczyliśmy wielkiego zgona;) ) u CSowego hosta-hurtownika.
    W Londynie strasznie ciężko kraść Internet w centrum, o czym się przekonaliśmy chwilę po tym, jak sobie przypomniałem, że adres hosta mam tylko na mailu..,
  • Host miał szalonego psa, który lizał po nogach. Kiedy próbowało się mu przeszkodzić, pokazywał zęby.
  • Razem z nami był true metalowy surfer z Niemiec, który na imprezy maluje paznokcie na czarno i robi sobie makijaż, a zajmuje się designem strojów w mrocznym klimacie i nosi ze sobą album ze zdjęciami swoich przebrań. Na zdjęciach wygląda jak Marylin Manson, ale jeżeli się to wspomni, to zapodaje długi monolog o swojej pogardzie dla niego i jego fanów i pełnej radości w razie śmierci każdego z nich. I pokazywał mi dużo filmów z eksploracji paryskich katakumb, zwanych wrotami do piekła. Wyszedł z hostem na jakąś imprezę i miał rano takiego kaca, że rzygał jak kot i kwilił jak panienka.
  • W Londynie – trochę zwiedzania, moje ulubione szalone oczy:
  • Kolejka do Natural History Museum na pół godziny czekania w deszczu. Szczęście, że Ola pomyślała o kurtce a na mnie nie pada deszcz;) Były dinozaury! I fajnie pomyślane wystawy, na których część rzeczy jest wystawiona do dotykania.
  • Nie spotkaliśmy królowej.

Heathrow to jedno z niewielu ‚prawdziwych’ (nie nastawionych głównie na tanie linie) lotnisk, na których byłem. Pani, która przeprowadzała ankiety wśród przypadkowych pasażerów trafiła też na mnie, dzięki czemu zebrała całą serię odpowiedzi ‚excellent’ i ‚good’. Nie wiedziałem tylko, jak odpowiedzieć na pytanie o wygląd personelu – ‚refused to answer’ ;) A lotnisko faktycznie na wypasie – po przejściu przez kontrolę ma się dostęp do bezpłatnej wody pitnej z kraniku, jest miliard bramek, samochodziki wożące emerytów i inwalidów…
Trochę nie wiedzieliśmy, jakiego jedzenia i napojów się spodziewać w czasie lotu i czy trzeba się zaopatrywać w cokolwiek na własną rękę. Opracowałem więc plan B na picie wody z kranika w kiblu w samolocie w razie braku napojów. Ale, jak się okazało, zupełnie niepotrzebnie.

Lecieliśmy samolotem Boeing 747-400, z takim wnętrzem jak w amerykańskich filmach – w każdym rzędzie od okna 3 siedzenia, przejście, 4 siedzenia w środku samolotu, przejście i znów 3 siedzenia i okno. W każdym zagłówku telewizor z dziesiątkami filmów do wyboru, słuchawki i pilot dla każdego pasażera. Na pilocie można jeszcze wybrać w menu opcję gier (od tetrisa po jakieś platformówki, też z opcją gry multiplayer w samolocie), aplikację pokazującą na żywo położenie samolotu i parametry lotu (wysokość, prędkość, temperaturę na zewnątrz, pokonaną/pozostałą odległość)), wiadomości. Stewardesy w orientalnych strojach, roznosiły kolejne posiłki:

  1. na start: orzeszki i napój do wyboru, w tym scotch(jeżeli dobrze przyuważyłem), białe lub czerwone wino, drink, czy jakieś soki lub woda.
  2. obiad (pełen zestaw, wołowinka z ryżem, surówka, kawka i ciastko, do wyboru jeszcze jakaś druga opcja z kurczakiem)
  3. porcja słodyczy w międzyczasie
  4. kolacja/śniadanie (czas trochę dziwnie leci jak się tak leci;)) – znów zestaw, mieliśmy jakieś owoce morza na pikantno z ryżem
  5. do tego na życzenie napoje (czasem jeszcze roznoszone ot tak kubeczki z wodą lub sokiem) – nasz sąsiad w samolocie miał problemy z zaśnięciem i dwa razy chodził po drinka;)

Taki lot to tak fajna zabawa, że w tym całym graniu w gry, oglądaniu filmów i jedzeniu całkiem nie ogarnęliśmy, żeby się trochę wyspać.

Akurat z końcem kolejnego filmu, który oglądałem – wylądowaliśmy w Kuala Lumpur.

Reklamy

2 komentarze

  1. Luc

    To Was Jetlag będzie męczyć :P W samolocie to się kima :D Zatyczki do uszu i aviomarin… nawet twardziel się uśpi:P Ja już to opanowałem :))

    25 sierpnia 2011 o 09:38

  2. A ten gościu na zdjęciu to jak Jaś Fasola wygląda :)

    25 sierpnia 2011 o 09:40

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s