Adam na Szlaku, czyli historie z wyjazdów różnych

Lotnisko Kuala Lumpur

Zdjęć w tym poście prawie nie ma, bo lotnisko. I mega zmuleni byliśmy.

Po wylądowaniu w Kuala Lumpur i przejściu przez wszystkie formalności związane z przylotem (mieliśmy trochę rozkminy czy, planując lecieć do Kambodży za 8 godzin, zaznaczać ‚holiday’ czy ‚transit’ – stanęło na ‚holiday’ i przemilczeniu rychłego wylotu) musieliśmy się odnaleźć na gigantycznym i nowoczesnym lotnisku. Wprawdzie na ekranie w zagłówku w samolocie puścili film instruktażowy, jednak jakoś tak mało uważaliśmy i wszystko było niespodzianką. Samolot wylądował na terminalu nieco odległym od głównej części lotniska, w którym jednak znalazło się miejsce dla Burger Kinga i sklepów. Aby dostać się do głównego budynku, musielimy dzielącą nas od niego odległość pokonać…lotniskowym pociągiem! Tam znów masa sklepów, jak na lotnisko całkiem tanich (puszka napoju za 1.5zł, woda podobnie, napoju jaśminowego nie polecamy, bo smakuje tak, jak pachną kremy), bankomaty i masa strzałek do różnych sposobów opuszczenia lotniska. Terminal tanich linii AirAsia, którymi mieliśmy lecieć dalej, miał też być nieco oddalony od centrum lotniska. Zlokalizowaliśmy w końcu autobus, który za równowartość 2.5zł zabrał nas do Terminalu LCC (Low Cost Carrier) – ledwie jakieś 20km!
Po drodze mijaliśmy jakiś terminal Cargo, stacje benzynowe, jednak większość czasu autostradę otaczał las palm, przerywany obszarami zalanymi gęstą roślinością – wypełniającą całą wolną przestrzeń i szalenie zieloną. Terminal LCC to pierwszy krok do poczucia klimatu Malezji. Zanim zabukowaliśmy się w Mac’u, żeby doczekać lotu, posiedzieliśmy chwilę na zewnątrz, dokańczając jakieś własne, skromne zapasy. Delektowaliśmy się gęstą, ciepłą zupą, zwaną tutaj powietrzem i oglądaliśmy ludzi dookoła. Trochę czytałem wcześniej o zróżnicowanej ludności, jednak najbardziej niesamowite było to, jak bardzo Azjaci potrafią się między sobą różnić. Typów urody było co najmniej kilkanaście, wszystkie na tyle wyraźne, że czasem dało się wypatrzeć osoby siedzące po zupełnie różnych stronach lotniska, ewidentnie ze sobą nie związane, a podobne tak, że jak na europejskie standardy nie wyparliby się bliskiego pokrewieństwa. Wśród miejscowych, poza bardzo skośnookimi Chińczykami czy Koreańczykami mocno odstawali też Hindusi – ktoś mi ostatnio zwrócił uwagę, że mają oni zupełnie ‚białe’ rysy twarzy i ciemną skórę. My widzieliśmy praktycznie czarnych.
Malezja jest bardzo nowoczesnym, muzułmańskim krajem – na lotnisku bezpłatny Internet i masa zachodnich sieciówek, a jednocześnie połowa pań w Mac’u w chustach na głowach. Bardzo elegancko łączą religię z postępem. Zamiast Hamburgerów mają Beefburgery a przy kasach znaczek z informacją, że całe żarcie jest Halal.
W Macu Ola zaliczyła mega zgona na stole, ja szukałem nam noclegu w Phnom Penh, czytając recenzje guesthouse’ów. Szczury, karaluchy, kradzieże, mrówki, pijany i agresywny personel, bardzo głośna muzyka z baru za ścianą i agresja personelu w razie skarg – każdy miał swoje Coś. No nic, wybieramy głośną muzykę.

Trochę się obawialiśmy limitu na bagaż, w AirAsia podręczny musi się mieścić w 7kg. Spędziliśmy trochę czasu przy jakiejś wadze, opracowując różne warianty: to da się jeszcze w razie czego ubrać, to schować do kieszeni, a worek z kosmetykami się wyrzuci… Pierwsza bramka, zanim przejdzie się przez właściwą kontrolę, okazała się być właśnie kontrolą rozmiaru i masy bagażu. Nasz bagaż tylko lekko przekraczał ograniczenia (ja 7.3 kg, Ola 8coś), nie było jednak zupełnie wiadomo czego się spodziewać: czy będą bardzo konsekwentni, czy nie. Na naszych oczach jakieś 20% procent pasażerów było albo mierzonych albo ważonych (znaczy- ich bagaż oczywiście ;) ). Ciężko było zgadnąć czy jako nieliczni biali bardziej odstajemy jako materiał do kontroli czy jesteśmy mniej tykalni. Minęliśmy większość strażników, ostatniego zagadaliśmy pytaniem o butelkę z wodą i już kontrola była za nami. Ruszając dalej, patrzyliśmy jeszcze jak jakiś koleś wyrzuca masę książek (swoją drogą – jako najbardziej oczywisty balast, były też przez innych najczęściej wyrzucane.. szkoda).
Potem jeszcze szukanie bramki, zgon (tym razem mój) w oczekiwaniu na boarding i już lecimy. Z lotu nic nie pamiętam, ponoć Ola budziła mnie parę minut, żeby się spytać o wypełnianie kwitka wjazdowego do Kambodży. Pod koniec na tyle doszedłem do siebie, że też go ogarnąłem.

I już – jesteśmy w Kambodży.
W ramach zajawki:

Reklamy

Możliwość komentowania jest wyłączona.