Adam na Szlaku, czyli historie z wyjazdów różnych

Phnom Penh i pierwsze wrażenia

Pisze Ola:

Po wyjściu z lotniska oprócz fali gorąca zalała nas fala tuktukarzy. Wiedząc, że na terenie lotniska ceny są wyższe, machnęliśmy na nich ręką i znaleźliśmy lepszą okazję. Pierwszy kontakt z tuktukiem, przynajmniej dla mnie, był lekko stresujący. Kurczowo trzymamy bagaże, kierowca mówi, że torebka koniecznie pomiędzy nami, żeby nikt nie wyszarpał i zaczynamy poznawać kambodżańskie zasady ruchu drogowego. Obowiązuje ruch prawostronny, choć są wyjątki od reguły, np. gdy dopiero się włączyło do ruchu na danej drodze i wygodniej jest zacząć od lewej strony, albo gdy za chwilę będzie się skręcać w lewo, albo po prostu jadąc pod prąd na drodze dwujezdniowej jest bardziej po drodze :) Klaksony również mają bogate zastosowanie, mogą oznaczać:
– Jak jedziesz, baranie?!
– Uważaj, na mnie- jadę jak baran.
– Jadę pod prąd.
– Będę Cię wyprzedzać,
czyli w dużym uogólnieniu: uwaga, jadę.
Raz na jakiś czas zdarzają się światła, ale traktowane są jedynie jako wskazówka, a ponieważ przy światłach jest odliczanie czasu, światło żółte i żadna przerwa między ruchem z jednej strony a ruchem z drugiej nie istnieją. Przez to wszystko ruch na ulicy wygląda jak ruch różnych cząstek w żyłach w człowieka w serialu „Było sobie życie”, skutery, rowery i tuktuki bardzo łatwo zmieniają pasy i ruch po prostu płynie szerokimi, często trzypasmowymi ulicami. Tylko nieliczne samochody troszkę w tym przeszkadzają raz na jakiś czas blokując ruch w czasie próby zawracania, bądź po prostu skręcania. Niespecjalnie łatwo w tym wszystkim znaleźć miejsce dla pieszych (zdecydowana większość miejscowych ma skuter, moto bądź rower, a turyści poruszają się tuktukami), czego oznaką są zanikające chodniki i bardzo rzadkie przejścia dla pieszych, które i tak nic nie znaczą. Piesi zatem pokonują ulice w dowolnym miejscu, przechodząc po kilka kroków na raz, wierząc, że reszta uczestników ruchu ich ominie. Wszyscy jednak jadą cały czas bardzo wolno i przewidująco, jak widać – znają już reguły swojego chaosu. A motocyklom na tyle łatwo lawirować między wszelkimi przeszkodami na drodze, że jadą bardzo płynnie i spokojnie, czasem tylko przypominając klaksonem o swej obecności.

Z naszymi kierowcą dotarliśmy do wybranego przez Adama guesthouse’u, gdzie jednak okazało się, że miejsca są tylko w dormie – cóż, wykończeni poszukamy dalej. Po chwili dorwał nas kolejny kierowca, który za dolara zawiezie nas do świetnego wg niego hostelu, gdzie na pewno są miejsca. Były, ale też nie do końca dla nas. Za to w oczy rzucił nam się Happy Guesthouse i stwierdziliśmy, że nie szkodzi zapytać. Jest pokój, i to taki za 6 dolców. I tak oto fuksem trafiliśmy do fantastycznego taniego miejsca, z dobrym, względnie tanim domowym jedzeniem, cudownie uśmiechniętym personelem, czystym choć ekstremalnie prostym pokojem i barem, w którym można było po prostu posiedzieć i do którego codziennie schodziło się sporo ciekawych i fajnych ludzi.

Pierwszego dnia udało nam się jeszcze zaliczyć tylko krótki, wieczorny spacer po mieście, gdzie, z ciekawszych rzeczy, zaliczyliśmy pierwsze emocjonujące przejścia przez ulice i znaleźliśmy księgarenkę z tanimi książkami w różnych językach – i już mamy co czytać :) Poza tym od razu w oczy rzucają się mega kontrasty. Ulice, na których śpią ludzie w tuktukach i nagie dzieci w hamakach, krzyżują się z ulicami, na których zza wysokiego muru zwieńczonego drutem kolczastym ledwo wystają apartamentowce dla ludzi bogatszych i obcokrajowców. Droga powrotna lekko nam się wydłużyła, bo troszkę pomyliły nam się parki, i nie ogarnęliśmy naprzeciwko którego zaczynała się nasza ulica, ale w końcu się udało. Szybki prysznic i spać… na 16h.

Następny dzień zaczął się zatem o 14. Bez konkretnego planu na śniadanio-obiad wychodzimy na miasto i bardzo szybko wpadamy na cudowną miejscową knajpkę. Znajduje się obok uniwersytetu i akurat w tym samym czasie przyszli tu tutejsi studenci. Przyszło ich sporo, więc nasze zaufanie do jedzenia tu wzrosło. I całe szczęście, bo było pysznie i niewyobrażalnie tanio:) Porcja smażonego makaronu z mięsem za jakieś 3.5 złotego:D A dodawane do każdego posiłku duuuże darmowe picie smakuje jak smecta. Obiecaliśmy sobie jeszcze tu wrócić (jest jeszcze kilka dań do spróbowania, w tym jakieś grillowane cudo – nawijana na patyka, jak boczek z Biedronki, grillowana, przyprawiona na słodko wołowinka – 2.5zł za dwa patyczki z chlebem i surówką ) i ruszyliśmy do Tuol Seng.

Tuol Seng jest więzieniem i miejscem przesłuchań, a zarazem tortur, z czasów reżimu Czerwonych Khmerów. Składa się z kilku budynków otaczających dziedziniec z ławeczkami i trawnikiem po środku. Wcześniej była to szkoła i po wejściu na teren a przed wejściem do budynków, miejsce to odbiera się bardzo sielsko. Już wejście do pierwszego pomieszczenia to wrażenie niszczy. W każdej sali lekcyjnej stoi stare łóżko i w nieporządku leżą pozostałości po narzędziach tortur. W niektórych dla dopełnienie obrazu wisi zdjęcie ciała, które leżało na tym łóżku w czasie wyzwolenia więzienia. Na moją wyobraźnię to trochę za dużo. Wielkie wrażanie robi również budynek, w którym sale lekcyjne podzielono na cele o wymiarach ok 1m x 2m. Nawet przyrząd gimnastyczny został zaadaptowany na przyrząd tortur. Inne pomieszczenia w bardzo chaotyczny sposób opowiadają historię reżimu, historię 7 osób, które przeszły przez ośrodek żywe (a przez więzienie przeszło ok 10tys. osób), czy historię szefów partii Czerwonych Khmerów. Są również zdjęcia ofiar i ich czaszki. Wszystko to nastawione chyba bardziej na wywołanie pewnych emocji, bo i muzeum zostało stworzone „aby zapobiec narodzinom kolejnego Pol Pota”.

Pod koniec zwiedzania zbiera się na pierwszą naszą tu burzę (w końcu pora deszczowa), nareszcie jest czym oddychać, ale trzeba przyznać, że takie zbieranie się na burzę potrafi przestraszyć – łapiemy tuktuka do domu. A wieczorem Adam przegrywa 4:1 w bilarda z miejscowym 7letnim chłopcem (który zresztą ogrywał prawie każdego i za każdym razem sprawiało mu to tak samo szczerą radość). I poznajemy kilka fajnych osób. Zasypianie idzie nam różnie – Adam oczywiście śpi w każdych warunkach, mnie jeszcze kilka godzin męczy zmiana czasu.

Przez cały dzień odczuwam, że słowa ‚bardzo gorąco’, czy ‚bardzo parno’ nie do końca opisują tutejszy klimat. Wyobrażenie powstałe po takich słowach powinno się jeszcze kilka razy pomnożyć. Adam jest zachwycony i chce, żeby było ‚bardziej’. Za każdym razem, gdy wychodzimy z klimatyzowanego pomieszczenia, zaskakuje nas na nowo, jak tu jest. Wody, którą pijemy, prawie nie zauważamy. Ale za to doceniamy zimne prysznice :) Podobno do wszystkiego idzie się przyzwyczaić po jakichś 3-4 dniach.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s