Adam na Szlaku, czyli historie z wyjazdów różnych

Phnom Penh – wrażenie drugie

Pisze Ola, i moje wstawki:

Na kolejny dzień plan mieliśmy ambitny, dlatego też wstaliśmy skoro świt ok. 9.30 :) Pierwszym punktem dnia było odwiedzenie Pól Śmierci, a potem co zdążymy.

Pola śmierci są oddalone o kilkanaście kilometrów od centrum Phnom Penh, co oznacza nasz pierwszy kontakt z przedmieściami. Tu już nie ma podziału na bogate i biedne, jest tylko biedne. Ludzie jeżdzący po kilkanaście osób na takich dziwnych platformach ciągniętych przez jeden skuter, benzyna sprzedawana w butelkach, całe rodziny siedzące przy swoich dziurach w murze mieszczących wszystko, co mają na sprzedaż, mnóstwo dziur w drodze i frapujące ładnie zdobione bramy, za którymi niczego za bardzo nie ma. Dodatkowo zagadkowe są tablice z napisem Cambodian People’s Party znajdujące się na bramach do najprzeróżniejszych miejsc. Jeszcze nie wiemy, czy te miejsca należą do partii (choć jest to wątpliwe, bo można je spotkać naprawdę często), czy są po prostu wyrazami poparcia, ale się dowiemy :)



Pola śmierci zaskakują spokojem, ciszą i sielskością jeszcze większą niż Tuol Seng. I jest to jeszcze bardziej mylące. Jest to miejsce, do którego przywożono ciężarówki pełne więźniów z Tuol Seng. Po przywiezieniu na miejsce byli zwyczajnie zabijani, strzałem lub przez zatłuczenie narzędziami do uprawy roli, a ich ciała były wrzucane do masowych grobów mieszczących nawet po kilkaset ciał. Wśród opisanych grobów wyróżniał się jeden pełen nagich ciał kobiet i dzieci i jeden, w którym ciała nie miały głów. Dodatkowo w jednym budynku zobaczyć można malunki nt tego jak rozprawiano się tu z więźniami. Oczywiście znów za bardzo przemawiają do wyobraźni. Zwłaszcza ten, na których głowy niemowlaków trzymanych za nogi rozbijane są o drzewo.. żeby przypadkiem nie szukały zemsty za rodziców. Z reżimów, o których wiem więcej niż tylko zfilmów, ten jest najbardziej naładowany brutalnością w spotkaniach człowiek-człowiek. Z perspektywy więzienia i Pól Śmierci wydaje się, że tylko na tej brutalności się opierał. Że ludzie, którzy zginęli byli czysto przypadkowi. A, co najbardziej przerażające, wszystko to zakończyło się zaledwie 32 lata temu i duża część osób za to odpowiedzialnych dożyła starości nie ponosząc żadnej odpowiedzialności.

Tu znów historia przedstawiona jest chaotycznie i trochę nieporadnie. Nawet obejrzany przez nas film wygląda jakby zrobił go ktoś, kto profesjonalistą nie jest. Ale widać, że wszystko zaczyna ruszać z miejsca. Naprzeciwko wejścia na teren pól jest całkiem nowa stupa (taka wieżyczka na zdjęciach powyżej) ku czci ofiar, która przez to, że wypełniona jest kośćmi ofiar naprawdę robi wrażenie. Zarząd ośrodka planuje też odbudować budynki (celę, w której więźniowie czekali na swoją kolej, magazyn chemikaliów do zabijania zapachu zwłok, przy okazji dobijających zakopywanych żywcem, domek strażników..), których dawne położenie teraz oznaczone jest jedynie tabliczkami z ich opisem.

Zwiedzenie terenu nie zajęło nam dużo czasu, choć gdyby nie wiedza o tym, co się tu działo, chętnie porozkoszowalibyśmy się okolicznościami przyrody. Postanowiliśmy zatem odwiedzić pałac królewski i Srebrną Pagodę, które są głównymi atrakcjami Phnom Penh. Budynki ooczywiście przepiękne, co widać na zdjęciach :) Szkoda tylko, że większość terenu zamknięta dla zwiedzających. W dodatku miejsce można jedynie obejrzeć, bo nigdzie nie ma tabliczek z informacjami, czy dogłębnego opisu. Więcej dowiedzieć się można jedynie przewodnikiem. Cóż, ja stawiam na wrażenia, więc dla mnie ok :) Było pięknie.





Trochę dziwi nas fakt, że to ja tu jestem głodna i ciągnę Adama do jedzenia. Tak było i tym razem. Tym razem grillowane cudo z poprzedniego posta. Byliśmy zachwyceni :)

Wieczorem udaliśmy się na spotkanie tutejszej społeczności CouchSurfingowej, na pierwszy rzut oka złożonej głównie z obcokrajowców, którzy postanowili „utknąć” w Kambodży.

[Wstawka Adama: Tak w ogóle to takich ludzi jest tu niesamowicie dużo, z angielska zwie się ich ‚expats’ (jest cały artykuł na wiki, ale zbyt poważny jak na tych tu, którzy po prostu mają dużo kasy w biednym kraju). Są dość mocno zgrani, spotykają się w ‚swoich’ miejscach i żyją sobie tutaj po królewsku. Mają nawet jakieś strony z radami dla nowo osiadłych, ulubione miejsca spotkań i trochę wylansowany sposób bycia. Na miejscu są z bardzo różnych powodów i w bardzo różny sposób. Trafiają się tacy, jak Austriak Alex, który miał się zatrzymać w Phnom Penh na jakiś czas przed wyruszeniem do Indonezji. Po trzech miesiącach stwierdził, że nie ma sensu się oszukiwać i czas poszukać mieszkania i pracy. Pracę tu najłatwiej znaleźć obcokrajowcowi jako nauczyciel angielskiego. Biorą prawie każdego, kto się zgłosi. I jak się przekonałem, nie trzeba nawet jakoś rewelacyjnie mówić. Alex mieszka z Niemcem, który już taką pracę znalazł i chwilę ze mną rozmawiał. Mocno spalony opowiadał o swoim wyluzowanym życiu nauczyciela angielskiego – rano zajęcia przez 2 godziny, po południu zajęcia przez dwie godziny, wieczorem marihuana.

Oczywiście najlepsze stawki dostają i najszybciej znajdują robotę Brytyjczycy. Tych tu zresztą pełno (gdy się wypełnia swoje dane przy meldunku do noclegu to stanowią zwykle ok. połowy listy). Na przykład Helen, która po zakończeniu studiów wpisała w Googlach ‚teach english voluntary work cambodia’ – i już tu jest, uczyć będzie za spanie i jedzenie. Trafiła na jedną z nielicznych ‚porządnych’ ofert, gdzie nie oczekuje się od wolanturiusza płacenia za możliwość pracowania. Potem zobaczy co dalej, ale zakłada że zdobyte doświadczenie wykorzysta szukając jakiejś podobnej pracy. Z Wysp jest też dużo takich, którzy zatrzymali się w Azji Południowo-wschodniej na dłużej, przejadając swoje oszczędności. Codziennie pijąc w knajpach i śpiąc w hostelach koszta życia mają i tak mniejsze niż u siebie w kraju, więc zabawiają tu nieraz rok lub dłużej.

A najprostszy sposób, żeby pomieszkać tu za darmo poznaliśmy już Shihanoukville – właściciele knajp dają nocleg, jedzenie i picie obcokrajowcom, którzy wezmą się za naganianie innych obcokrajowców do knajp, licząc, że ci łatwiej zaufają komuś z zachodu. A taki naganiacz nie tylko ma zapewnione podstawy, ale też powoli staje się niemal częścią rodziny prowadzącej lokal (jeżeli trafi do takiego normalnego, rodzinnego).

Ci, którzy już najbardziej się tu ostali, zakładają swoje interesy. Jest więc kino prowadzone przez jednego Holendra (swoją drogą, ponoć jeden z prekursorów CouchSurfingu – przez blisko dwa lata podróżował, korzystając z zaproszeń, jakie można było mu wysłać przez jego stronę http://www.letmestayforaday.com/ ). Są guesthouse’y prowadzone przez przyjezdnych (pisząc to, jesteśmy w Shihanoukville, w hostelu/barze Monkey Republic, założonym 6 lat temu przez 4 osoby z Cambridgeshire). No i knajpy – jedną z nich było właśnie The Empire, do którego trafiliśmy na spotkanie z CS.]

Przez pierwsze pół godziny spotkanie nas nie zachwycało. Właściwie nie było wiadomo, czy ktoś z tego CouchSurfingu właściwie jest i zaczęliśmy podejrzewać, że to tylko taki wybieg organizatora spotkania, który jednocześnie był właścicielem knajpy. Jednak po tym czasie wjechał pewien Khmer na wózku inwalidzkim w asyście drugiej osoby o czysto europejskim wyglądzie. Z uśmiechem właściwym dla swojego narodu pan Kim zapytał nas czy jesteśmy z Couch Surfingu i wraz z Duńczykiem Rune (pisownia ze słuchu ;)) przysiadł się do nas. Okazało się, że od kilku lat pan Kim prowadzi coś w rodzaju schroniska dla dzieci (nazywa się to sierocińcem, ale tylko nieliczne dzieci naprawdę nie mają rodziców) i niedawno przyłączył się do CouchSurfingu, „ponieważ ludzie tam są tacy otwarci”. Hostuje ludzi w miejscu dla wolontariuszy, przez co sami stają się wolontariuszami, bo przecież nikt nie jest w stanie oprzeć się urokowi dzieciaków :) Rune był właśnie surferem u Pana Kima, ale na ten tydzień miał przerwę w podróży i po prostu pracował w sierocińcu, ucząc dzieci angielskiego, czy po prostu bawiąc się z nimi i grając w piłkę nożną. Ponieważ ulotka pana Kima mówi, że można tam też przyjechać na kilka godzin, a my nie mieliśmy jeszcze biletu na następny dzień na dalszą podróż, zdecydowaliśmy się pojechać na 1 dzień do dzieci i dalej ruszyć dzień później.

I och, cóż to był za dzień. Zaczęło się od troszkę zwariowanej pogoni za ryżem, który chcieliśmy kupić dla dzieci. Troszkę nieufnie kupiliśmy 20kg w cenie 1$/kg. Później się okazało, że przepłaciliśmy jedynie odrobinkę. Zaskakująco drogo, jak na tutejsze warunki. Potem była całkiem długa podróż do dzieci. I dzieci. Od początku uderzyło nas to jak chętnie mówią po angielsku. Pytania: How are you? What’s your name? How old are you? zadało nam chyba każde z osobna. A budynek robi dobre wrażenie. Wygląda jak jakaś stara mała szkoła. Za bramą jest wystarczająco miejsca, żeby pograć w piłkę nożną, czy siatkówkę. Dodatkowo są huśtawki, altanka i ogródek, w którym dzieci pracują. Potem przestronny korytarz, na którym dzieci bawią się gdy jest za gorąco. W salach mieszka pan Kim z rodziną (ma żonę i 3 synów, z czego najmłodszy niedługo skończy miesiąc), osobno dziewczynki, osobno chłopcy. Jest jeszcze oczywiście wspólna kuchnia, wspólna łazienka i wspomniany pokój dla wolontariuszy.

Spóźniliśmy się na lekcje angielskiego, więc została nam tylko zabawa. Czytaliśmy książki po angielsku i po khmersku. Rzucaliśmy piłeczkami, graliśmy w piłkę nożną i próbowaliśmy grać na rozstrojonej gitarze. Dodatkowo duży entuzjazm i zainteresowanie wywołał aparat – każdy chciał porobić zdjęcia, lekko zestresowana, ale dałam – jak się bawić to się bawić. No i zdjęcia niektóre całkiem fajne :) Tylko dziewczynki pozostały nieporuszone naszą obecnością, cały czas spędzając grając w gumę zrobioną z powiązanych ze sobą recepturek. Bo w takim miejscu wszystko może stać się zabawką, nawet wózek inwalidzki pana Kima. Dzieciaki jeżdżą na nim same lub w kilka osób, wożą dla zabawy inne osoby, w tym jednego z synów pana Kima, również niepełnosprawnego. Ok godziny 18 czas na zabawę się skończył i wszystko nagle opustoszało. Dziewczynki zabrały się za porządki, zamiatanie w szkole i zamiatanie dziedzińca, część dzieci poszła pracować do ogródka, jeszcze inne pojechały gdzieś na rowerach. Obowiązkowość dzieci w Kambodży jest naprawdę niesamowita.


Do miasta zabraliśmy się z panem Kimem, który pojechał rozmawiać z potencjalnym wolontariuszem. W naszym guesthousie spotkaliśmy Austriaczkę, która okazała się być wcześniejszą wolontariuszką w sierocińcu. Nie była ona tak zachwycona, jak my, ale chcemy wierzyć, że to dlatego, że w ciągu 2miesięcznego pobytu jej tam różnice kulturowe mogły się za bardzo dać we znaki. My polecamy, mimo że duża część takich miejsc albo nie jest do końca przemyślana (za mało moderowany dostęp obcych do dzieci prowadzi do zatarcia ich instynktów samozachowawczych), albo jest nastawiona po prostu na wyciąganie dotacji, które niekoniecznie idą tylko dla dzieci.

[Wstawka Adama: Ostatni wieczór spędziliśmy integrując się trochę z ekipą w knajpie. Już drugi raz spotkaliśmy miejscowego kolesia o imieniu Bona, który bez ograniczeń imprezował z turystami. Dzień wcześniej postawił jakiemuś stołowi litr whisky, teraz jeszcze wręczył paru osobom po piwie. Opowiadał coś o swoim niedawnym pobycie w Londynie. Mówi trochę jak murzyn. ‚Yeah man, whas’up?’. Nie ma może może bogatego słownictwa czy gramatyki, ale drocząc się z kumplem potrafi na milion sposobów powiedzieć coś w rodzaju „don’t listen to him, he just want to suck my dick”. Gdy chwilę z nim pogadałem okazało się, że jest miejscowym …. kierowcą tuktuka! Powiedział, że nie zajmuje się oszczędzaniem pieniędzy, więc na bieżąco przepija swoje zyski. Kiedyś oszczędzał, ale gdy opuściła go dziewczyna to dał sobie spokój.
Z różnych opowiadanych przygód składa się całkiem ciekawa historia życia. W domu z matką i kilkorgiem młodszego rodzeństwa. Żyli ektremalnie biednie, więc w wieku 16-17 lat uciekł z domu i żył przez jakiś czas na ulicach. Trafił (wciąż jeszcze jako siedemnastolatek) nielegalnie do Tajlandii, gdzie przez 5 miesięcy pracował na statku, chyba jakimś kutrze rybackim. Warunki pracy opisywał jako niewolnicze, po kilkanaście godzin dziennie. Zdarzało się, że jeżeli ktoś zasypiał na pokładzie, to był spychany do wody – z dość poważną szansą nie przeżycia takiej przygody. Po tym czasie, wszystkie zebrane oszczędności ukradł mu gangster z Phuket. Bona pojechał zanim, żeby odzyskać to, co należało do niego. Zdając sobie sprawę ze swoich marnych szans w pojedynkę, dołączył się do konkrencyjnej bandy.
Z tego okresu opowiadał coś o sprzedawaniu narkotyków. Opowiadał o dziewczynie, która zabiła jego kumpla. I prawie zabiła jego, ale inny kumpel poderżnął jej gardło, gdy właśnie miała go dźgnąć. Bona był nadal wzburzony tym, ze kumpel skrzywdził kobietę… Powiedział, że faceta, którego ścigał, w końcu dopadł. Tamten z dziesięcioma ludźmi, Bona z dwudziestoma. Kazał oddać kasę, tamten albo już nie miał, albo po prostu odmówił. Bona powiedział, że nie zabija ludzi i darował mu życie. Powiedział, że w końcu tak się poukładało, że są kumplami i niebawem jedzie do Tajlandii – miał na chwilę załatwić jakieś sprawy, ale został zaproszony na miesięczny pobyt. Powiedział, że w czasie swoich wojaży zdobył wielu przyjaciół, że zaprzyjaźnia się teraz z turystami i ma wielu znajomych na świecie. Do Londynu poleciał, bo sprezentowano mu bilet i zaproszono do domu. Ci sami ludzie zapraszają go za rok na swój ślub. Ma też lecieć do Luksemburga – znów ktoś kupił mu bilet. Śmiał się, że jesteśmy kolegami i jak mu kupię bilet do Polski, to też przyleci.]

Na następny dzień bilety mamy już kupione, więc nie ma odwrotu. Jedziemy dalej :)

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s