Adam na Szlaku, czyli historie z wyjazdów różnych

Sihanoukville i kambodżańskie smakołyki

Kolejnego dnia z rana opuszczaliśmy Phnom Penh, aby poplażować w Sihanoukville (piszę tę nazwę chyba na trzy różne sposoby, ale mniejsza). Ledwo zdążyliśmy się zebrać i zjeść śniadanie, kiedy podjechał po nas busik. Transport działa tu tak, że turyści kupujący bilety w guesthouseach są zbierani przez busa (busy?) po mieście i dowożeni na dworzec. Nie wiem, ile taniej by było bezpośrednio z dworca, ale koszta podjeżdżania tuktukiem na własną rękę pewnie by zjadły całą oszczędność i jeszcze więcej. Przejechanie dwustu kilkudziesięciu kilometrów kosztuje nas ostatecznie 5 dolców od osoby, więc jest git.

Po drodze możliwość podziwiania całkiem nowych pejzaży: rozległych mokradeł i pól ryżowych, kambodżańskiej wsi i małych miasteczek. Z pustych, zielonych przestrzeni wybijają się rzadkie rzędy palm. Kolejny raz rzucała się w oczy niesamowicie intensywna zieleń całej roślinności. Szczególnie podobały mi się wszechobecne domy na platformach, stojące na drewnianych lub betonowych słupach 3-4m nad ziemią. W przestrzeni pod każdym takim domem kwitło życie rodzinne – stał stół, ludzie pracowali, czasem rozwieszony był jakiś hamak.

Po dojechaniu do Shihanoukville na autobus rzuciła się masa tuktukarzy. Nie wiem, czy mi się wydaje, czy za każdym razem wpadamy na coraz bardziej natarczywych. Biją rękami w szybę, pokazują tabliczki z napisem ‚tuk-tuk service’, blokują wyjście z autobusu i przejscie dalej. Mieliśmy już wybrany nocleg (mocno polecane w LP miejsce – Monkey Republic, o którym wspominałem ostatnio), więc pozostawało tylko wybrać kierowcę. Zobaczyłem kogoś, kto miał nawet właściwą ulotkę w ręku, więc pokazałem na niego i zabrałem się za targi. Nie obchodzi mnie, jak to daleko, dam dolara, może dwa. A on, i cała banda dookoła w krzyk, że jest ustalony cennik i dawaj mnie do niego ciągnąć, żebym zobaczył, że jest 6 dolców i już. W końcu jednak zaczęli powoli ogarniać, że na to nie pójdziemy, więc pojawiła opcja B. Stawka za przejazd na motocyklu to 1.5$ od głowy, również nienegocjowalna. No dobra, to już całkiem ok – no i nowy transport to nowa przygoda :)

Trafiliśmy do Monkey Republic, które okazało się być całkiem ogarniętym miejscem – dużo bungalowów, całkiem fajny bar, jednak znów wszystko mocno nastawione na bardzo zachodnich turystów. Między światem turystów z UK czy innych najbogatszych krajów świata a światem zwykłych Khmerów jest taka gigantyczna pustka, że nam niestety przypada miejsce z tymi pierwszymi i kombinowanie na małą skalę, żeby zobaczyć świat tych drugich.

Widok z bungalowu naszego na te po drugiej stronie podwórka :

A tu jeszcze karaluch-gigant, który przywitał nas przy którymś wejściu do pokoju. Najpierw uciekł pod łóżko, a potem w dziurę w ścianie i tyle go widzieliśmy. Przy okazji zdałem sobie sprawę, że chyba nigdy z żadnymi karaluchami się jeszcze nie spotkałem – aż dziwne przy konsekwentnym wybieraniu najtańszych nor we wszystkich podróżach;)

W miarę możliwości staramy się ciąć koszta i unikać żarcia dla turystów. Ruszyliśmy więc na miasto, poszukać czegoś lokalnego do jedzenia. I właściwie to jedliśmy po drodze wszystko, co się dało kupić i wyglądało (ah, przypomniały się czasy poszukiwania nowych czeburieków z Kacprem;) ). Doszliśmy wreszcie na rynek, gdzie zaopatrzyliśmy się jeszcze w trochę owoców i już całkiem zadowoleni wróciliśmy do MR.

Nasze żarcie:

‚Szaszłyczki’ z owoców morza, smażone w głębokim oleju:

Makaron z zupki chińskiej, trochę warzywek, ostro-słodki sos i jajko sadzone:

Słodkie placuszki, o ziemniaczano-bananowym smaku (nie mamy pojęcia, z czego naprawdę są zrobione):

Owoce (pomarańcze, pozostałych dwóch nazw nie znamy, więc mówimy ‚kasztany’ i ‚te różowe’):

‚Kasztan’ po otwarciu. W środku ma jeszcze pestkę o rozmiarach migdała:

‚To różowe’, po otwarciu:

Właśnie zaczynał się wieczór, a wraz z nim Happy hours – w naszym barze dzbanek piwa za 2.5$, więc korzystamy. Potem wybraliśmy się na spacer na pobliską plażę (w miejscowości jest ich w sumie z 5, bo leży na półwyspie i są jeszcze jakieś rozdzielające je skały na brzegach). Sihanoukville powstało właściwie od zera 50 lat temu, więc poza rozrywką nie ma za wiele do zaoferowania. A rozrywka nastawiona jest już dość mocno na zachód – taka naprawdę współczesna muza, wszędzie prawie sami europejczycy (zgaduję, że nadal większość Anglików). Klimat niekoniecznie najbardziej ulubiony, ale poprawiają go naganiacze, którzy wręczają nam hurtowe ilości ulotek ‚free drink with flyer’, ‚welcome shot with this flyer’ itp. W okolicy konkurencja jest całkiem mocna (szczególnie uczęszczana przez młodych europejczyków plaża, blisko hosteli i dużo rekomendacji w LP), więc prześcigają się w promocjach. Przez chwilę spacerujemy sobie w ciepłych falach, potem ruszamy korzystać z bonusów. Whisky z colą za free i fireshow przed knajpą – grupa kilku Khmerów naprawdę robiła szał z ogniem. Potem następne miejsce i dwa shoty sex on the beach – przechodzimy przez całą knajpę, dalej od baru, bo trochę tak głupio zaraz potem wyjść na oczach barmana. Kolejna knajpa, kolejny whisky mixer – ten lokal już w ogóle mocno się stara, bo założyła go miejscowa rodzina, ledwie dwa miesiące temu. Czekamy tylko z ulotką w ręku, a stary właściciel upewnia się, czy już ktoś nas obsługuje. Spijamy drinki i pewnym krokiem wychodzimy. Nieopodal, na ulicy jakaś prostytutka właśnie uwodzi jakiegoś Anglika.

Fajny taki rajd, ale w końcu kończą się promocje i wracamy do siebie, jeszcze po drodze próbując shoty Cambodian Jagermeister po 0.50$.

Kładąc się spać, planowaliśmy wstać następnego dnia na plażowanie. Wtedy zaczęło padać. Padało całą noc, cały następny dzień. Przestało padać na wieczór, więc znów ruszyliśmy na rajd po promocjach. Zaczęło padać, gdy się skończyły. Padało dalej całą noc. W necie prognoza mówiła, że tylko nad morzem tak pada. Ludzie piszą w necie straszne rzeczy o podróży nocnymi autobusami, odpuszczamy je więc, póki nie dowiemy czegoś z wiarygodnego źródła. Postanowiliśmy więc się ewakuować rano, jeżeli do wtedy nic się nie zmieni. Nie zmieniło się, więc ruszyliśmy z powrotem do Phnom Penh.

Reklamy

4 Komentarze

  1. Luc

    Ten owoc jak kasztan to lichy:))) mega! Tego to teraz najbardziej wam zazdroszcze..owoców:( bo w polsce strasznie drogie..

    30 sierpnia 2011 o 18:03

  2. tu_foxy

    raczej rambutan! :)

    30 sierpnia 2011 o 20:05

  3. paweł

    Sihanouk – tak nazywał się książę Kambodży. Chuligan z niego bo sprzyjał komunistom. Pewnie ta nazwa od jego imienia.
    Pozdrawiam Was czule :)

    30 sierpnia 2011 o 22:09

    • Tak, tak – kim był, to wiemy :) Nawet była ciekawa notka gdzieś, że wielu Khmerów nie miało pojęcia, co to jest komunizm, a szło po prostu walczyć za swojego władcę, którego Czerwoni Khmerowie obiecywali przywrócić po tym, jak 5 lat wcześniej musiał opuścić kraj po zamachu stanu.W końcu przesiedział czasy ich rządów w jakichś aresztach domowych i nie miał realnego wpływu na to, co się działo

      31 sierpnia 2011 o 04:57

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s