Adam na Szlaku, czyli historie z wyjazdów różnych

Angkor

Pierwszego dnia zerwaliśmy się z rana, żeby zaliczyć popularny wśród turystów wschód słońca nad świątynią Angkor Wat. Wypożyczyliśmy rowery (o 4:30 rano recepcja okazuje się być zupełnie normalnie otwarta) i ruszyliśmy. Gdy jechaliśmy już drogą prowadzącą do świątyni, mijały nas całe masy tuktuków, autokarów i motocykli. Cała pielgrzymka uderzyła wpierw na parkingi w pobliżu świątyni, a potem, już pieszo, w stronę bramy w odgradzającym ją murze. Za bramą otwierał się widok na kilkaset metrów otwartej przestrzeni, kończące się najbardziej popularnym na zdjęciach widokiem świątyni. Angkor Wat, jesteśmy. Przypomniało mi się, jak dwa czy trzy lata temu luźno omawialiśmy z Kwasem plan przyjechania tutaj. Właściwie całe wypatrywanie biletów i pomysł na wycieczkę inspirowane były tą i paroma podobnymi naszymi rozmowami. Niesamowicie było stać w tym miejscu i zdać sobie sprawę z całego ciągu wydarzeń, które doprowadziły do mojej i Oli obecności w nim.

Tu akurat widok na plac przed Angkor Wat z perspektywy świątyni:

Trasa zwiedzania świątyni jest wyznaczona porozstawianymi tabliczkami ze strzałkami lub zakazami przejścia – nieraz niejasnymi (strzałka na rusztowanie i krawędź), nieraz sprzecznymi (zaraz za zakazem przejścia widoczne dalsze strzałki). Szybko zostawiliśmy ludzi liczących, że słońce jeszcze przebije się przez chmury i ruszyliśmy zwiedzać, póki było względnie luźno. Wejście na najwyższy taras-świątynię miało być otwarte dopiero parę godzin później, jednak już znalazł się jakiś pracownik, który proponował wpuszczenie nas za 5 dolców. Dziękuję, wrócimy tu później.


Całą resztę pierwszego dnia (kupiliśmy trzydniowy bilet) jeździliśmy po świątyniach w najbliższym sąsiedztwie Angkor Watu. Świątynie są niesamowite, jednak cały kompleks mocno odbiega od moich wyobrażeń. Wszystkie zdjęcia z reguły prezentowały zagubione w gęstym lesie ruiny, historie o wyprawieniu się na wschód słońca pachniały nocnym marszem przez dżunglę. Ze Siem Reap do Angkoru prowadzi jednak szeroka, nowa asfaltówka. Cała okolica pokryta jest siecią lepszych lub gorszych dróg – też asfaltowych, pozwalających dojechać w bezpośrednie sąsiedztwo kolejnej świątyni, gdzie zostawia się rower (lub inny pojazd;)). Tam też znajdzie się czasem lakoniczna tablica z historią miejsca i kontroler biletów. Przy wszystkich ważniejszych miejscach rozstawione są liczne stragany z pamiątkami, owocami, napojami. Z reguły zaraz obok znajduje się też część gastronomiczna – czyli stragany z zadaszoną przestrzenią, w której rozstawione są plastikowe stoliki i krzesła. Dookoła porusza się mniejsza lub większa chmara obnośnych sprzedawców lub naganiaczy – z reguły dzieci. Niektóre drogi od takiego ‚wejścia’ do świątyni prowadziły jednak trochę wgłąb lasu, co pozwalało poczuć oczekiwany przeze mnie klimat miejsca.





Po zwiedzeniu Angkor Watu wybraliśmy się do pobliskiej gastronomii na kawkę. Kiedy próbowałem stargować cenę książki o Angkorze (koleś zaproponował dolara a jak chciałem zapłacić podbił do dwudziestu siedmiu, potem powoli zszedł do pięciu, ale to i tak było za dużo), jakaś dziewczynka-naganiacz skomplementowała kolczyki Oli i już wiedzieliśmy, gdzie idziemy na kawę ;) Podeszła kolejna, sprzedająca magnesy. Mówiła całkiem dobrze po angielsku, powiedziała że wszystkiego nauczyła się od turystów. Była naprawdę zadbana i dobrze ubrana, powiedziała też, że chodzi do szkoły (często dzieci wysyłane są tylko do pracy i różne NGO ostrzegają przed kupowaniem czegoś od nich), ale teraz trwają wakacje. Kiedy spijaliśmy kawkę, obserwowaliśmy wszystkie handlujące dzieci. W tym miejscu wyglądały całkiem nieźle, bardzo cieszył je kontakt z obcokrajowcami, dopytywały się o kraj pochodzenia. Jedna dziewczynka, sprzedająca kolorowe chusty, nawet jak chyba wreszcie zrozumiała, że nic nie kupimy, powiedziała ‚looking is free’ i rozkładając swój towar, próbowała zagadać Olę.

W dalszych, mniej uczęszczanych miejscach (bądź też uczęszczanych przez turystów, którzy już coś pod Angkor Wat kupili) wyglądało to dużo gorzej. Jak tylko podjeżdzaliśmy, ruszała na nas grupka dzieci i zaczynał nieść się krzyk ze straganów ‚Water, one dolaaa mistaaa’. Angielski był dużo gorszy, sprowadzony głównie do handlu i zniekształcony mocno żebraczą manierą mówienia, z lekko zawodzącym przeciąganiem ostatnich sylab. Wszystkie ceny kilka razy wyższe niż w mieście i zaokrąglone do pełnych dolarów – oczywiście w górę. Dzieciaki nie przyjmowały ‚nie’ jako odpowiedzi i w najlepszym razie kończyło się na ‚on your way back, lejtaaaa mistaaa, one dolaaaa’ – po czym znów ruszały na nas, gdy opuszczaliśmy świątynię. To, jak bardzo przebite były ceny, widać było, gdy dzieciak zaczynał się targować. ‚Magnet, mistaaa, two dolaaaa’. Z uśmiechem dziękujemy, już mamy jeden magnes, wystarczy. ‚Ok, one dolaaaa’. Konsekwentnie dziękujemy. ‚Ok, three for two dolaaa’…. skończyło się na ‚Ok, seven for two dolaaaa’ – i to też zapewne tylko dlatego, że odjechaliśmy. Miłym akcentem był jedyny dowód na jakiekolwiek samokrytyczne spojrzenie handlarzy na samych siebie: Kiedy jechaliśmy na rowerach wzdłuż szeregu straganów, niejako prowadząc falę okrzyków ‚cośtam cośtam, one dolaaa, mistaaa, lejdii’, stojąca przy straganach dziewczyna z dzieckiem z uśmiechem zawołała ‚baby, one dolaaa’ ;)

Mała grupka miejscowych zarabia też na obecności małp w okolicach świątyń. W jednym miejscu całe stado zostało przyzwyczajone do dostawania jedzenia – przede wszystkich małych bananów (gatunek mniej wiecej 2-3 razy mniejszy od tych, co u nas są sprzedawane) kupowanych za ‚one dolaaaa’ przez turystów.

Jeszcze jednym ciekawym sposobem zarobkowania jest opieka nad posążkiem Buddy. Przy wejściu zaczepia miły pan, daje do ręki kadzidełko, mówi ‚good luck, sir’ i pokazuje na posążek i wypełniony piaskiem stojak na wbijanie kadzidełek. Drugi pan poleca je wbić, trzy razy się ukłonić, potrzeć stopę Buddy, pilnuje zachowania całego rytuału. Na koniec odchyla leżący przed posążkiem kawałek materiału odsłaniając kilka dolarowych (w lepszych miejscówach – pięciodolarowych) banknotów, mówiąc ‚gift for Budda, mister’… Stara kobieta z ogoloną głową, w jednym z bardziej odległych miejsc, nie słuchała naszego ‚thank you, no’ i nawet zawiązała nam jakieś czerwone nitki na nadgarstkach, zanim pokazała miejsce na ‚money, money’.

Ciekawe są też miejscami angielskawe informacje na tabliczkach;) :
No touching carving

Władze w Kambodży w całkiem niezły sposób zajęły się konserwacją poszczególnych świątyń. Wszędzie trwają prace, przy wejściach znajdują się informacje, że tę świątynię konserwuje rząd Niemiec, Indii, Czech, Chin…;) Trochę się obawialiśmy zasłyszanych plotek, że w ramach tych wszystkich prac zostaną wycięte imponujące, gigantyczne drzewa, których korzenie od setek lat pracowicie rozsadzają mury świątyń. Na nasze szczęście – drzewa były nieruszone. Mocno zachwyceni podziwialiśmy ich magiczne kształty oraz symbiozę z murami, które wpierw zniszczone, teraz miejscami trzymały się tylko dzięki oplatającym je korzeniom.



Drugiego dnia przyjechaliśmy sporo później, aby rozpocząć od tarasu w Angkor Wat. Aby uniknąć kupowania drogiego żarcia na miejscu, tym razem wycwaniliśmy się i kupiliśmy na wynos trzy porcje smażonego ryżu koło naszego guesthouse’u ;) I od razu dwie duże butelki wody, dwa i pół raza taniej. Zaparkowaliśmy rowery (nie bez problemu, bo nachalny gang dziewczynek ‚you buy bottle wataaaaa for one dolaaaa, I watch baaaaaaajk’ zmusił nas do przeparkowywania się parę razy) i w prażącym słońcu ruszyliśmy do świątyni. Gdy przeszliśmy przez bramę, obejrzeliśmy się i zobaczyliśmy zbierające się na horyzoncie czarne chmury. ‚Zdążymy?’ – ‚Zdążymy!’. Nie zdążyliśmy. W najlepszy możliwy sposób. Padać zaczęło, kiedy zaczęliśmy wchodzić po stromych, drewnianych schodkach prowadzących na taras (idzie się nad oryginalnymi, kamiennymi – ale za dużo tu turystów, żeby mieli się po nich ślizgać i iść bez barierki). Kiedy już byliśmy u góry, lunął jeden z najmocniejszych do tej pory deszczy. Z wysokości obserwowaliśmy uginające się pod naporem wiatru palmy i chowających się w dole ludzi. Mimo tabliczki ‚visit time max. 15min’, pogoda dała nam dobre pół godziny na spacer po świątyni, przy huczącej na zewnątrz ulewie i podmuchach wpadających przez okna.

To ten sam widok, co na zdjęciu na początku posta:

Ostatni dzień zwiedzania świątyń poświęciliśmy na wycieczkę tuktukiem do świątyń Rolous, położonych w inną stronę od Siem Reap niż Ankor Wat z przyległościami i będących jednymi z najstarszych. Co ciekawe – jako jedyne zbudowane były, w całości lub częściowo, z cegieł. Droga okazała się nieco dłuższa niż nam się wydawało (i zarazem dużo dłuższa niż twierdziłem w czasie negocjacji z tuktukiem ja, i dużo krótsza niż twierdził on ;) ), prowadziła za to przez całkiem ciekawe okolice Siem Reap: koło szkół, sierocińca, przez wiejskie tereny, których mieszkańcy już dość mocno zobojętnieli na przejeżdżających turystów (pomijając rozstawiane dla nich stragany oczywiście).


Przy dwóch świątyniach królestwa Angkoru stały jeszcze takie współczesne (pocz XXw.), wyróżniające się namalowanymi na wszystkich ścianach i sufitach, na wewnątrz i na zewnątrz scenami w nieco kreskówkowej stylistyce. Wszystko bardzo kolorowe i różnorodne. Ola nie mogła wejść, bo miała krótkie spodenki, ale ja się nacieszyłem wszystkimi widokami;)



Jakby jeszcze pobocznych atrakcji nie było dość, przy największej świątyni (Bakong) na tradycyjnych instrumentach grała grupa muzyków – ofiar min. Chcieliśmy nagrać kawałek ich występu po zwiedzaniu, jednak dokładnie w chwili naszego wyjścia przyszła popołudniowa ulewa i przegoniła zespół – zobaczyliśmy już tylko pana, który ze skupieniem mocował protezę nogi, żeby się oddalić. Przy okazji wyszedł nasz brak strategicznego myślenia – nasz tuktuk nie miał opuszczanych ścianek przeciwdeszczowych, a kierowca nie miał ani daszku ani stroju przeciwdeszczowego (ostatecznie okazało się, że miał płaszczyk, ale z jakichś przyczyn go nie wyciągał). Jechaliśmy więc krótkimi skokami, gdy deszcz się uspokajał i zajeżdżaliśmy pod daszki lub stacje benzynowe, gdy kierowca nie wytrzymywał smagających go strumieni. Wróciliśmy do guesthouse’u na wieczór, mając akurat dość czasu, żeby się wyluzować przy paru piwkach i bilardzie (jest w wielu miejscach za free) i spakować na dalszą drogę.

Jedziemy do Ban Lung – na kambodżańską prowincję :)

Reklamy

One response

  1. Ejjj jaki macie aparat? Lustrzankę?

    5 września 2011 o 13:50

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s