Adam na Szlaku, czyli historie z wyjazdów różnych

Ban Lung

Tak w ogóle to jeszcze nie było tu ani razu napisane, jak działa waluta w Kambodży i czemu tak na zmianę podajemy dolare i riele. No więc, w kraju funkcjonują dwie waluty: dolar i riel, zupełnie równorzędnie. Na zachodzie kraju działa jeszcze ponoć tajski bat. Sprzedając jednego dolara w kantorze można dostać 4090rieli, jednak kurs wymiany obowiązujący we wszystkich transakcjach jest sztywny – przyjmuje się, że dolar to równo 4000r, żeby niepotrzebnie nie utrudniać sobie obliczeń. Ceny w miejscach dla turystów podawane są więc w dolarach, z reguły z dokładnością do 25 centów. Centów oczywiście nie ma, więc gdy zapłaci się za kawkę kosztującą 0.5$ jednodolarówką, otrzymujemy 2000r reszty. Nie widać zupełnie żadnej różnicy między obiema walutami – żadnej preferencji, żadnego wymagania płacenia jedną, konkretną. Jedyny problem z dolarami jest taki, że wraz z nominałami zbyt szybko rośnie wartość banknotu, więc płacąc czymś większym od piątki możemy już narobić trochę zamieszania z wydaniem reszty. Od systemu, który rok temu z ekipą poznaliśmy w Uzbekistanie różni się to mocno – tutaj dolar jest powszechnie dostępny, tam jest trudną do zdobycia walutą do lokowania oszczędności. W Uzbekistanie płaci się więc dolarami, które jakby ‚przepadają’ – ciężko przy podwójnym kursie wyznaczyć jakąś resztę, zresztą wydanoby i tak tylko lokalne sumy. Tutaj nikt się kurczowo dolara nie trzyma i płacąc piątką za zakupy na 1.5$ można dostać 10000r i jednodolarówkę reszty – jak akurat wypadnie.
To taka krótka wstawka o realiach – wspólnego z dalszą historią nic nie mająca;)

Zerwaliśmy się wcześnie rano, żeby zdążyć na pick-up, który miał nas zabrać o 5:00. Szybkie śniadanie jedliśmy przy recepcji, która o 4:30 była znów zupełnie normalnie otwarta. Ba, nawet z 5-6 turystów już się kręciło gdzieś, zamawiało śniadania (zdziwiliśmy się, że w takim razie kuchnia też już działa), siedziało na fejsbuku na guesthouse’owych komputerach. Bus przyjechał spóźniony 15 minut – niby luz, ale o tej porze to wszystko przelicza się na utracone minuty snu;) Potem kierowca zgubił drogę szukając jednego Guesthouse’u i zanim wreszczie dotarliśmy na dworzec, zwiedziliśmy spory kawał miasta. Na dworcu szybko pchamy się do autobusu, żeby zdążyć przed resztą ludzi z naszego busa. Akurat nam się udało dostać przedostatnie dwa wolne miejsca koło siebie i chwilę później już jechaliśmy. Ledwie jednak opuściliśmy Siem Reap a coś bardzo głośno strzeliło, kierowca się spiął i zatrzymał autobus. Okazało się, że poszła jedna opona – ale nic takiego, co by nas miało na razie wstrzymać w dalszej jeździe:) Co jakiś czas zajeżdżaliśmy do przydrożnych drewnianych chatek (właciwie to bardziej daszków na drewnianych stelażach), które okazywały się być lokalną wulkanizacją. W końcu któryś miał i zdatną oponę i sprzęt i po dwudziestu minutach jechaliśmy dalej, już w pełni(?) sprawnym autobusem.

Stracony czas jednak dość mocno doskwierał kierowcy, który musiał spotkać się z innym autobusem (zabierającym część pasażerów do Laosu) i odstawić nas na przesiadkę w miasteczku po drodze. Całą drogę, przez około 5 godzin, jechał więc niczym się nie przejmując naprzód i wciskał klakson – średnio raz/dwa razy na minutę. Trochę liczyliśmy, że uda się nam wyspać po drodze, jednak z jakiegoś powodu głośność dźwięku w środku była nieomal tak duża, jak normalnie powinna być na zewnątrz. Pojawił się nawet pomysł, że ciekawie by było, gdyby się na koniec okazało, że na zewnątrz nic nie słychać ;) O ile przez większość czasu każde uderzenie w klakson miało sens, to czasem kierowcy zdarzało się obtrąbiać pustą drogę. Nie mogąc spać, zrobiłem sobie rozrywkę z próby rozszyfrowania tej szalonej logiki.

Drugi autobus był już dużo bardziej spoko. Czekając na niego kupiłem trochę owoców (wyglądające z zewnątrz dokładnie jak duże xx, ‚te różowe’, ale z białym miąższem oraz podobne do liczi i xx, ale z twardszą, brązową skórką) a w drodze na rynek miałem możliwość przyjrzeć się kolonialnej zabudowie, 50parę lat po opuszczeniu okolic przez Francuzów. Zakurzone i obdrapane budynki wciąż miały w sobie ślad dawnego bogactwa i piękna.

Do miejscowości Banlung dojechaliśmy późnym wieczorem. Jakiś chłopiec miał w ręku ulotkę naszego wypatrzonego guesthouse’u, więc zapakowaliśmy się na jego skuter i pojechaliśmy przez siekący deszcz. Nasza nowa miejscówa, Lake View Lodge, to stary dom francuskiego gubernatora, który zachował nawet resztki dawnego umeblowania.

Za 5$ dostaliśmy duży, podwójny pokój. W części ‚restauracyjnej’ zagaił nas chłopak z personelu – Dyna. Mówi całkiem dobrze po angielsku i jest dość nietypowym pracownikiem knajpy. Odbiera zamówienia, ale oczekuje na nie na sofie w rogu, gdzie nierzadko trzeba go obudzić, żeby coś dostać. Całkiem nieźle integruje się też z niektórymi turystami i widzieliśmy go już przesiadującego z jakąś ekipą cały wieczór albo wybierającego się z nimi na wycieczkę.

[Dalej pisze Ola] Wraz z menu dostaliśmy pakiet z opisem organizowanych przez guesthouse wycieczek (w Banlungu samym w sobie nic nie ma), które, musimy przyznać, brzmiały całkiem ciekawie. Trochę zniechęcała nas cena- 30$, ale Dyna opowiada, jak to strasznie drogi wyglądają w porze deszczowej, jak jedna turystka zafundowała sobie złamanie otwarte jadąc po nich na motorze, jak inny turysta rozwalił skuter i musiał płacić za szkody, jeszcze inny zrezygnował zanim stało się nieszczęście… cóż, patrząc na pogodę i mając w głowie drogę, która po ok. 100km dopiero tuż przed miastem przerodziła się w asfalt, byliśmy w stanie w to uwierzyć. Mimo to, jeszcze się zastanowimy.

Podróż odsypialiśmy długo. Na szczęście na tyle długo, żeby pozwolić słońcu wyjść akurat, gdy się ogarnęliśmy. Na ten dzień i tak wreszcie zaplanowaliśmy tylko spacer do świętego jeziorka. Zdecydowaliśmy się na rowery, jeśli droga będzie zła, to najwyżej będziemy je 4km prowadzić, da się przeżyć :) Droga oczywiście okazała się być asfaltówką.

A jeziorko Boeng Yeak Laom jest miejscem cudownym. Miejscowi przyjeżdżają tu całymi rodzinami odpocząć i na piknik. W sobotę jest tu całkiem tłoczno, ale wciąż jakoś tak spokojnie. Może dlatego, że jeziorko jest dla tutejszych ludzi święte. Wyrażają to kąpiąc się w jeziorze w pełni ubranymi (a może po prostu tak mają…). Mężczyźni bez koszulek, ale dziewczęta wchodzą do wody tak, jak przyjechały. A słońce i tak wszystko wysuszy :)

W pół-ustronnym miejscu, żeby nikogo nie gorszyć naszym niepełnym ubraniem, wykąpaliśmy się i my. A że woda nie dość, że ciepła i całkiem przejrzysta (ciekawe jaka jest, gdy nie mącą jej deszcze), to jeszcze w dodatku podejrzanie łatwo się w niej pływa, to ciężko nam było skończyć. Na szczęście widok brzegu jeziora ciągnął na spacer i udało nam się zebrać.


A po spacerze jeszcze jedna kąpiel, a jak ;) Tym razem z miejscowymi, co dało nam okazję popatrzeć, jak wysportowani są tu chłopcy – salta do wody, kopanie piłki w czasie skoku, skoki nad barierką wychodziły im zupełnie naturalnie, aż Adam postanowił udowodnić, że też potrafi:

Widać, że główną rozrywką tutejszej młodzieży jeszcze nie jest Internet. Swoją drogą… otyłego Khmera jeszcze nie widzieliśmy.

W drodze powrotnej zachodzimy jeszcze do lokalu, bo zdążyliśmy zgłodnieć.



Cena za szaszłyczka 1000r. (ok. 70 groszy)

Proponowane nam w guesthousie wycieczki miały w programie jeszcze okoliczne wodospady i wsie (75% mieszkańców tej prowincji to mniejszości etniczne, więc ich wsie są niewątpliwą atrakcją). Wieczorem postanawiamy, że następnego dnia zrobimy tyle z ich programu, ile damy radę na własną rękę. Niewątpliwie byłoby to łatwiejsze, gdybyśmy byli gotowi do drogi wcześniej niż o 13.30 (zwłaszcza, że przez dziwne umiejscowienie Kambodży w strefach czasowych ciemno się tu robi ok 18.30), A że nie widzieliśmy jeszcze miasta i nie jedliśmy nic ciekawego, to postanowiliśmy pobyt tu wydłużyć o dzień, i ten już pół-stracony poświęcić na zwiedzanie na miejscu. Nie da się ukryć, że miasto ciekawe nie jest, choć Adam uważał inaczej:

Trochę się buduje, trochę stoi ruder, a gdy oczy przebiją się przez stragano-sklepy, można dostrzec ładne kolonialne budynki. Za to znaleźliśmy nowe jedzenie:

Pierożki są spore, ciasto smakuje jak bułki na parze z przedszkola, a nadzienie składa się ze słodkiej kapusty i gotowanego jajka. Cena za szt. 1500r.
Są tu też sieciówki:)

Wieczorem postanowiliśmy, że od tej pory dyscypliny porannej pilnuje Adam (mnie jest łatwiej zdyscyplinować) i rano przyniosło to rezultaty. Już o 10.30 (!) ruszyliśmy rowerami na podbój wodospadów. Droga okazała się być łatwa – trochę asfaltu, a za nim szeroka droga gruntowa prowadząca przez wioski i obok pojedynczych domostw. Niesamowicie miłym akcentem było to, że na nasz widok prawie z każdego domu dobiegał dziecięcy krzyk: hello! lub bye! w zależności od tego, w którą stronę jechaliśmy. Muszę przyznać, że szczera radość dzieciaków, poprawiała humor momentalnie – nie, żeby był zły, po prostu stawał się jeszcze lepszy, aż Adama na koniec dnia od uśmiechania się bolały policzki.

Wodospady ciężko opisać słowami. Mogę jednak powiedzieć, że od jednego nie dało się oderwać oczu. Każdy przynosił cudowne orzeźwienie. I jakoś tak chyba stałam się dziś fanką wodospadów, choć kąpiel pod nimi na razie wydaje się być przereklamowana.



(kliknij panoramkę, żeby zobaczyć w pełnym rozmiarze!)

Pod koniec wycieczki z jednego z domostw dobiega nas więcej słów, niż hello!. W języku migowym zostaliśmy zaproszeni do dołączenia się do stołu, przy którym kilkoro młodych mężczyzn piło bimber i zagryzało go szaszłyczkami. Oczywiście skorzystaliśmy. I choć bariera językowa pozwoliła nam tylko powtarzać po gospodarzach słowa w ich języku i raz na jakiś czas rzucić ‚akun’ tzn. dziękuję, spędziliśmy z nimi naprawdę radosne pół godziny.

Do guesthouse’u dojechaliśmy na początku dość solidnej burzy. Troszkę zmordowani, ale zachwyceni bardzo bogatym dniem.

A teraz ruszamy do Laosu. Na początku Don Det. I już wiemy, że nie zdążymy w Laosie zrobić wszystkiego, co byśmy chcieli.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s