Adam na Szlaku, czyli historie z wyjazdów różnych

Laos, cz. 1

Trochę za dużo już do tyłu z relacją jesteśmy, żeby rozpisywać się tak szczegółowo, jak dotychczas, więc nieco bardziej konkretnie będę pisał:)

W drodze z Banlungu, 4 godziny czekaliśmy w Stung Treng na przesiadkę. Zabijając czas, wybraliśmy się na rynek, gdzie kupiliśmy Oli okulary LaCoste’y – za 3 dolce!;) Kolejny autobus (wsiadając do niego dowiadujemy się, że nasze połączenie będzie jeszcze mniej bezpośrednie niż się spodziewaliśmy) wypchany jest po brzegi zachodnimi turystami a w skład personelu wchodzi koleś odpowiedzialny m.in. za formalności na granicach. Zarówno kambodżańscy jak i laotańscy pogranicznicy wymagają bowiem półoficjalnych łapówek (ponoć dopasowanych wysokością do ich wyobrażeń o majętności poszczególnych krajów) i dużo sprawniejsze jest załatwienie całej grupy za jednym zamachem. Z autobusu przesiadamy się na ławeczki na pace jakiegoś busika, który dowozi nas do miejscowości nad Mekongiem, z której z kolei mamy przepłynąć łodzią do naszego celu – wyspy Don Det. Kiedy wreszcie się ogarniamy, płacimy za przeprawę i kończymy wymieniać pieniądze, już dawno zdążyło zajść słońce. Szalenie niepewni wsiadamy po paręnaście osób do długich, wąskich łodzi, które w świetle księżyca zabierają nas w poprzek wielkiej rzeki. Jest dość jasno, więc widać wyraźnie kontury mijanych wysp i przepływające inne łódki (ich silniki są tłumione przez nasz, więc wydają się być jedynie przemykającymi cieniami).

Jakiś chłopak zagonił nas prosto z przystani do pokoju za 4 dolce w parszywym betonowym baraku – zupełnie zdezorientowani postanawiamy zostać i ogarnąć się rano. Szybki zwiad pozwolił jedynie ustaliś położenie jednej turystycznej uliczki, gdzie po chwili dobiegają do nas dźwięki imprezy. Położony nieco w głębi ulicy, za to przy samej rzece reggae bar pełen jest miejscowych, między nimi dostrzegamy kilka bielszych twarzy. Okazało się, że dziewczyna z rodziny prowadzącej lokal obchodzi swoje piętnaste urodziny i zeszła się cała jej rodzina z okolicy – łącznie trzydzieści parę osób.

Rano okazuje się, że nasz barak jest całkiem spoko, na tarasie wiszą hamaki z widokiem na rzekę, która przepływa ledwie 3 metry dalej! Aha, o to chodziło chłopakowi jak pokazywał w ciemność i mówił ‚sunset view, sunset view’ ;) Postanawiamy się nigdzie nie wynosić, ogarniamy sobie rowery i ruszamy na wycieczkę po wyspie Don Det i połączonej z nią mostem Don Khon (często zdarza się turystom trafić niechcący na dużo mniej ciekawą Don Khong;) ). Wyspy okazują się dużo większe niż może się wydawać z perspektywy turystycznej uliczki, cały dzień jeździmy po tropikalnym lesie i wśród pól ryżowych.





Oglądamy najszybszy jak na razie wodospad i na ostatnią chwilę zdążamy na godzinę zachodu słońca na hamaki – tylko po to, żeby popodziwiać deszczowe chmury i wieczorną ulewę przy drinku z jednodolarowej whisky:

Z Don Det udajemy się do Thakheak, żeby zrobić tzw. Pętlę – czyli objazd po centralnym Laosie z wiejskimi krajobrazami, magicznymi wielkimi skałami pokrywający całą okolicę i siedmiokilometrową jaskinią Konglor, w której płynie podziemna rzeka. Coraz bardziej podobają nam się takie spokojne objazdy po prowincji, gdzie ludzie z uśmiechem i ciekawością reagują na obcokrajowców.

—-
Mieszkańcy Laosu są dużo bardziej stonowani w swoich reakcjach na turystów – głównie reagują na nas dzieci. Starsi zawsze z uśmiechem odpowiadają na nasze ‚Saibadiii’ (cześć), ale sami raczej się nie wyrywają. Jakaś mała dziewczynka wysyła mi buziaki, jakiś mroczny chłopiec wygląda, jakby rzucał na nas klątwę. Do miejscowości Konglor dojeżdżamy tuż po zachodzie słońca i postanawiamy następnego dnia z samego rana wybrać się do jaskini. Ku naszemu zdziwieniu o 8 rano nie ma jeszcze żadnego z właścicieli łódek i musimy czekać, aż zaczną się schodzić.

Jaskinia jest jednak warta tych kilku chwil – kiedy długa łódka zanurza się coraz głębiej w ciemność, pojęcie o rozmiarach otaczającego nas podziemnego korytarza dają jedynie niewyraźne światełka naszych latarek ledwie sięgające kamiennych ścian. Siedzący z przodu łódki chłopiec oświetla swoim mocniejszym światłem kolejne przeszkody, które musimy ominąć. Są to nie tylko wystające z wody kamienie, ale też zakręty podziemnej rzeki, mały próg i miejscami spadające z góry strumienie wody. Całkiem długi czas przeprawy urozmaica postój w komnacie ze stalaktytami i stalagmitami, których podświetlenie zostało niedawno sfinansowane przez jakieś bogatsze państwo.

—-

Robi się już ciemno, kiedy zakręcamy w krajówkę 8B/1E, cieszącą się bardzo złą sławą. Ubity piach ze śladami asfaltu, wielkie kałuże ciągnące się po kilka metrów na całej szerokości jezdni, małe, niepozorne kałuże o zaskakujących głębokościach. Wszystkie widoczne pojazdy pokonują kolejne metry według fantazji kierowców – ruch jest więc czasem prawo-, czasem lewo- a z reguły obustronny. W powolnym slalomie mijają kolejne minuty, aż wreszcie stwierdzamy (właściwie to Ola stwierdza, bo mi się bardzo podoba;) ), że mamy już dość. Spytamy o nocleg w pierwszej napotkanej większej wiosce.

Kiedy wjeżdżamy do miejscowości, Ola zauważa ludzi siedzących przy włączonym komputerze – tam spróbujemy. Udaje się od razu znaleźć kogoś, kto mówi po angielsku. Pan jest bardzo miły, ale we wsi właściwie nie ma gdzie się zatrzymać. Przez jakiś czas rozważa opcję ‚village office’, gdzie mają spać miejscowi policjanci. Próbuje dodzwonić się do wodza, w końcu odpuszcza i prowadzi nas do niego. Niepozorny jak na wodza starszy (na oko ma pięćdziesiąt parę lat, więc pewnie tak naprawdę ze 45) mężczyzna przez jakiś czas wysłuchuje naszej historii, potem pyta czy jesteśmy z Ameryki. Jesteśmy na tyle daleko na wschodzie, że możliwe jest, że Amerykanie tu już bombardowali – w czasie wojny w Wietnamie na Laos co kilka minut spadała bomba, łącznie ponoć więcej niż na Europę w całej II wojnie światowej. Całe szczęście, że szansa jakiegokolwiek negatywnego skojarzenia Polski jest w jego przypadku równie mała jak umiejscowienia jej na mapie. Niestety, mimo to odmawia i odsyła nas spory kawał wstecz, do ostatniego miasta.

Cofając się, próbujemy jeszcze raz zagadać kogoś w mijanej maleńkiej osadzie – z drogi widać w sumie ze trzy domy. Ola pyta o angielski, wychyla się pan i pyta z uśmiechem ‚Do you speak Lao?’. Zaprasza nas do siebie do domu – jednego z dziesiątek tych drewnianych na palach, kilka metrów nad ziemią, jakie widzieliśmy po drodze. Po chwili pojawia się kolacja i zdezorientowani patrzymy się po sobie. Ryż, taka bardzo lepka odmiana, w koszyczku. Dwa talerze z mięsem. Talerz rosołku. W końcu gospodarz łapie garść ryżu i powoli lepi z niej idealną kulkę, którą następnie macza w sosie od mięsa. Ok, naśladujemy i dalej jakoś też już idzie ;)

Nasz gospodarz okazuje się być nauczycielem laotańskiego w szkole podstawowej. Angielskiego, podobnie jak pan, który prowadził nas do wodza w poprzedniej wiosce, nauczył się od okolicznego mnicha. Potrafi się mniej więcej dogadać, jednak na bardziej skomplikowanych historiach brakuje nam wspólnego języka. Widać jednak, że jest zadowolony, że może czasem coś przetłumaczyć swojej rodzinie, która przygląda nam się z ciekawością. Dostajemy jeszcze zawinięty w liścia ryż z wiórkami kokosowymi (świetny!) i wraz z dobiegającym końca posiłkiem wszyscy mieszkańcy zaczynają szykować się do snu. Jest dopiero dwudziesta, ale nie chcemy robić problemu i też się układamy na przeznaczonym dla nas materacu pod moskitierą.

Kiedy droga zaczyna się robić lepsza, nagle wraz z nią zmienia się krajobraz. Wyjeżdżamy z lasu na mostek i po obu stronach widzimy wystające z wody sczerniałe kikuty drzew. Po kolejnych paru kilometrach droga prowadzi już tylko po nasypie, woda jest wszędzie dookoła. Nieliczne wystające pagórki są intensywnie zielone, mocno kontrastują z obumarłymi drzewami. Dojeżdżamy do guesthouse’u przy drodze, który w sezonie jest pełen ludzi robiących Pętlę, teraz jesteśmy tylko my. Zdewastowany podniesionym poziomem wody krajobraz przypomina Mordor, trochę się podoba, trochę straszy. Dopiero później przypomniałem sobie mijaną wcześniej nową tamę i elektrownię wodną.

Kiedy ruszamy w stronę Tha Kheak, ostatni odcinek znów po prostu zachwyca. Wyrastające wokół wielkie skały, pokryte zielenią również na pionowych ścianach dominują cały krajobraz. Co jakiś czas potrzebuję postoju, żeby po prostu popatrzeć i się ponapawać. Zdjęcia nie są w stanie oddać całej tej przestrzeni i rozmiarów kamiennych ścian, łapiemy za to parę ciekawych widoczków we wsiach:


Ciągniki takie, jak na zdjęciu są strasznie popularne i widzimy je ciągle. Według mnie, przez strasznie niewygodny sposób zakręcania (trzeba te długie ‚wodze’ mocno wychylać przy ostrzejszych zakrętach), wyglądają trochę jak zbyt bezpośrednie przejście od zaprzężonego zwierzęcia do mechanicznego pojazdu.

Po prawie dobie w autobusach, dojeżdżamy z Tha Kheak do Luang Prabang. Miasto ma bardzo bogatą historię, było przez lata (do 1975, kiedy komuniści doszli do władzy) stolicą królestwa. Dziś pałac zmieniony jest w muzeum, zachowały się za to liczne aktywne świątynie, gdzie mnisi uczą się kontynuowania dawnej sztuki i rzemiosła. Atrakcją turystyczą stały się też poranne marsze mnichów przez miasto, w czasie których otrzymują jedzenie w darze od wiernych. Kiedy pierwsi ‚lokalni biznesmeni’ zaczęli sprzedawać obcokrajowcom jedzenie do podarowania mnichom, zaczęły się zatrucia i inne problemy, przez co mnisi rozważali odpuszczenie zbierania darów w centrum. Władze zagroziły jednak, że na potrzeby turystyczne wynajmą w takim razie figurantów w pomarańczowych ciuchach… ;)

Następnego dnia mieli do nas dojechać Paweł i Ruda, odpuściliśmy sobie więc większość zwiedzania na ich przyjazd i na spokojnie kręciliśmy się po mieście. Skorzystaliśmy z rekomendacji Lonely Planet (coraz mniej podoba mi się, jaką te przewodniki są siłą w branży turystycznej) i paru spotkanych turystów i udaliśmy się do knajpy Lao Lao Garden, której dewiza brzmi ‚Drink like a fish for the price of water’ – ‚price of water’ jest raczej brytyjski, jednak genialny nastrój i pomysłowe drinki z ryżowego bimbru są warte swojej ceny. Padamy spać i rano budzi nas dobijający się do drzwi Paweł…

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s