Adam na Szlaku, czyli historie z wyjazdów różnych

Laos, cz.2

Powiększoną, czteroosobową ekipą ruszyliśmy na zwiedzanie Luang Prabang. Miasto pełne jest świątyń, przy każdej rozstawiona jest ekipa sprzedająca bilety – niestety tylko pojedyncze świątynie okazywały się być warte swojej ceny. Czasem po wejściu więcej czasu spędzaliśmy na podziwianiu np. wielkiego owada albo gigantycznych, kolorowych motyli.




W czasie naszego krążenia po mieście trochę zmieniło nam plany spotkanie z jednym z naganiaczy, zachęcającym do przepłynięcia na drugą stronę Mekongu. Pogoda była super i zachęcała do wycieczki na przeciwległy brzeg, z którego mogliśmy podziwiać widok na Luang Prabang i otaczające miasto góry. W świątyni na górce zasiedzieliśmy się z naszym ‚kierowcą’, ciesząc się atmosferą miejsca.

Dzień zakończyliśmy wybraniem się na górkę w centrum miasta, słynną ze względu na zachody słońca. Oczywiście – słynną przede wszystkim dlatego, że polecono ją jako punkt widokowy w Lonely Planet. Siedzieliśmy więc w towarzystwie dziesiątków ludzi z różnymi wersjami językowymi tych samych książek w rękach i cieszyliśmy się, że udało się pierwszy raz załapać na taki widok przy sprzyjających warunkach.

Wieczór minął nam na kolejnej degustacji koktajli w Lao Lao Garden i planowaniu wycieczek na następny dzień. Nasze plany prawie idealnie zbiegły się z pogodą następnego dnia. W czasie, kiedy padał deszcz – odwiedzaliśmy muzeum. Kiedy zaczynało się wypogadzać – znaleźliśmy tuktuka, który zabrał nas do pobliskiego wodospadu. Po zapłaceniu kolejnej wejściówki (4zł) poszliśmy drogą prowadzącą do wodospadu, koło schroniska dla niedźwiedzi, niestety żadnego nie zobaczywszy.

Wodospad za to okazał się być rewelacyjny. Kiedy już doszliśmy do rzeki, zobaczyliśmy miejsce do kąpieli, które postanowiliśmy odwiedzić w drodze powrotnej, gdy zmachamy się podejściem do punktu widokowego. Rzeczywiście, zmachaliśmy się konkretnie, gdyż na początku wybraliśmy złą stronę rzeki do podejścia i przez dobre pół godziny przebijaliśmy się przez głębokie, śliskie błoto i kałuże, wpierw mocno napierając do góry, potem wykonując ostrożny odwrót. Kiedy wreszcie dotarliśmy do właściwego wodospadu – okazało się, że było warto.

A nawet, że było podwójnie warto, kiedy w końcu wykąpaliśmy się w wodospadzie:

Z Luang Prabang pojechaliśmy do miejscowości Vang Vieng, najbardziej popularnej wśród tzw. ‚gap year crowd’ – czyli głównie pochodzących z bogatych krajów dzieciaków po maturach, które odkładają rozpoczęcie studiów o rok aby popodróżować po świecie. Wielu z nich takie doświadczenie kształtuje, pozwala osiągnąć większą samodzielności itp. Są też tacy, którzy po prostu pozostają dzieciakami nagle spuszczonymi ze smyczy.

Epizod z drogi do Vang Vieng – „Suka”.
Suka

Czasami spotyka się ludzi, którym by się po prostu w gębę napluć chciało.

Wsiadamy w autobus z Luang Prabang do Vang Vieng. Wszyscy turyści są skołowani nową formalnością check-in’owania biletów na dworcu – za kwitek z biura sprzedaży dostaje się bilet z kuponem na obiad po drodze. W tuktuku, który przywiózł nas z centrum, jechał z nami jeszcze starszy pan. ‚O, no proszę, Polacy’, zareagował po chwili przysłuchiwania się nam. ‚O, pan też Polak – mało nas tu.’, ‚Ja? Jaki tam Polak, ja z Canada.’ ‚Ale jakieś korzenie?’ ‚Tak, rodzice’. Bardzo sympatyczny, ze starym aparatem i fajką – takiego dziadka chciałoby się mieć.
Do autobusu wsiadają jeszcze dwie panie i dziewczyna w naszym wieku, nieładna ale przede wszystkim jakoś tak po prostu niezadbana. Dziewczyna okazuje się być głupią suką.

Zagadujemy, żeby zwrócić jej uwagę na konieczność wymiany kwitka na bilet. Psioczy na nieporządek i brak punktualnych autobusów. Faktycznie, rzadko kiedy jest mniej niż dwie godziny obsuwy w którymś momencie – ale kogo to tutaj obchodzi? Ją.

Zatrzymujemy się na zaplanowany obiad po drodze, ruszamy uskutecznić nasze kupony. Z lewej ryż i warzywa/mięsa do niego, z prawej zupa z makaronem (są tu naprawdę wspaniałe, wyładowane mięsem i zieleniną). Suka podchodzi do ryżu i próbuje się spytać, czy może podejść sobie sama nałożyć. Biegnie na jedną, potem na drugą stronę lady. Coraz bardziej poirytowana. ‚Czego nie rozumiesz? Przecież mówię do Ciebie bardzo prostym angielskim!’.

W końcu pozwala dziewczynie z personelu nałożyć sobie jedzenie. Dopytuje się o rodzaj mięsa, próbuje laotańskie nazwy. Jest to całkiem trudne, bo w każdym rejonie Laosu używane są inne dialekty i sposoby wymowy. Suka na zmianę po angielsku i swoim laotańskim pyta, co jest drobiem, co jest świnią, ale pozostaje niezrozumiana, co irytuje ją coraz bardziej. W końcu rzuca, po angielsku ‚Czemu mnie nie rozumiesz? Przecież mówię po laotańsku! Rany, ona musi być chyba głupia’.

Resztę drogi kombinowałem jak odmówić jej wspólnego przejazdu tuktukiem, gdyby wysiadała tam, gdzie my. Na jej szczęście, nie wysiadła.

Główną atrakcją w Vang Vieng jest tzw. tubing, czyli spływanie rzeką na dętce od traktora i przybijanie do kolejnych barów rozciągających się wzdłuż rzeki. W każdym dostaje się bez ograniczeń shoty taniej, laotańskiej whisky i można brać udział w różnego rodzaju pijackich grach i zabawach. Przy niektórych barach postawione są zjeżdżalnie albo huśtawki. Do tego ładna pogoda, głośna muzyka i około setki bawiących się ludzi – mimo tego, że trwa właśnie ‚low season’. Aż ciężko sobie wyobrazić, co się tu dzieje w bardziej obleganych miesiącach.

Takie miejsce oczywiście przyciąga różnego rodzaju cwaniaków i kombinatorów, więc całkiem łatwo było spotkać osoby okradzione na różne sposoby : rozcięte kieszenie, wyłowiona z wody przez miejscowego dzieciaka na oczach właścicielki torba, która potem wracała do niej dokument po dokumencie wśród bezczelnych uśmiechów miejscowych ‚właśnie cię okradliśmy’ i wiele podobnych historii. Same dętki i kamizelki do nich wypożyczane są przez tubingową mafię – kartel kilku przedsiębiorców, z których każdego dnia na raz działa tylko jeden. Wszyscy mają ustalone wspólne ceny, są aroganccy i doją turystów jak się da. Właściwie nikt nie ma wątpliwości, że masowo ginące ludziom tuby i kamizelki wracają do wypożyczalni jeszcze przed zasuwającym na piechotę turystą, który musi pogodzić się ze stratą zostawionej kaucji i jeszcze dodatkową karą.

Jak mieszanych uczuć by to doświadczenie nie budziło – atrakcję zaliczyliśmy, bawiliśmy się dobrze (do czasu zaginięcia jednej tuby, okradzenia torby jednej znajomej i chaotycznego powrotu ekipy wynajmowanymi tuktukami) i mogliśmy wyrobić o niej swoje własne zdanie. Są osoby, które odnajdują się tu na dłużej i pozostają już od kilku miesięcy – z reguły pracując za jedzenie i spanie w barach nad rzeką, wieczorami przenosząc się do siostrzanych knajp w mieście.

Popularność Vang Vieng w pierwszej kolejności wyrosła na otaczającej miejscowość przyrodzie i olbrzymich jaskiniach. Drugiego dnia wybraliśmy się więc na rowerową przejażdżkę po okolicy aby zobaczyć kilka najpiękniejszych miejsc.

Trochę szybciej niż się spodziewaliśmy, zobaczyliśmy drogowskaz na pierwszą jaskinię na naszej liście – dużą tabliczkę z napisem ‚Blue lagoon’. Wybraliśmy się na zwiedzanie jaskini która, mimo że całkiem fajna, nie była tak spektakularna jak zapowiadały przewodniki. Razem z nami wszedł starszy pan, który zdawał się być jednym z pracowników sprzedających bądź kontrolujących bilety. Pokazał nam miejsce do wejścia do wody, poświecił swoją latarką w ciemności i doradzał trasę zwiedzania. Po wyjściu uznaliśmy, że należy mu się parę groszy napiwku (przez masy zachodnich turystów już dzieci zaczynają naukę angielskiego od słów ‚money’ i ‚tip’). Uwzględniając realia życia w Laosie rozważaliśmy różne symboliczne kwoty za 20parę minut jego fatygi – stanęło na 20000 kipów, czyli ok 8 złotych. Nie udało się jednak zobaczyć spodziewanego przez nas znaku wdzięczności – pan powiedział nam, że jest zawiedziony, że nie dostał kilkakrotnie więcej. Chwilami mówił nawet o 20zł od osoby…. masakra. W końcu poszedł urażony, a my (trochę bojąc się o los naszych rowerów, które miał minąć) wykorzystaliśmy pobliską rzeczkę do zrelaksowania się i krótkiej kąpieli w zaimprowizowanym jacuzzi:)

Dalsza droga ujawniła całą masę podobnych tabliczek, które wskazywały na ‚Blue lagoon cave’. Zatrzymaliśmy się w ‚Saibadee bar’ po drodze, zwabieni przez przemiłą obsługę, gdzie dowiedzieliśmy się o skali, w jakiej miejscowi podszywają się pod właściwą jaskinię ze swoimi jaskinkami. Trochę pogadaliśmy z właścicielem, który pomógł nam ustalić właściwe miejsce. Mówił całkiem dobrym angielskim, więc spytaliśmy się go, gdzie się go nauczył. Okazało się, że przez 29 lat mieszkał w Europie – po 3 lata w jakichś bogatszych krajach UE i 20 lat w Szwajcarii. W 2004 wrócił do Tajlandii (pochodził z Bangkoku), żeby na 4 lata zostać mnichem. Ale nie takim zwykłym, ubranym na pomarańczowo mnichem, który mieszka w świątyni w mieście. Opowiedział nam o leśnych mnichach, którzy noszą szaty szarozielonego koloru. Mieszkają cały czas w lesie, zatrzymując się po parę dni w jednym miejscu i odwiedzając pobliskie wsie, aby zbierać darowaną żywność od mieszkańców. W przeciwieństwie do ‚pomarańczowych’ mogą jeść tylko raz dziennie (tamci mogą dwa razy), nie mogą zupełnie korzystać z telefonów, pieniędzy ani innych osiągnięć techniki. Przez te cztery lata studiował buddyjskie pisma, uczył się medytacji i zgłębiał tajemnice buddyzmu. Opowiadał nam o swoim wyznaniu, według którego człowiek trafia do nieba w momencie, kiedy staje się szczęśliwy już na tym świecie. A człowiek zły tworzy sobie tutaj swoje osobiste piekło. Dobrze się słuchało jego nauk, których ogólne przesłanie właściwie mało odbiega od tych głoszonych przez inne religie.

Do właściwej jaskini Blue Lagoon trafiliśmy całkiem późno. W pośpiechu wykąpaliśmy się w bardzo przyjemnie urządzonym miejscu i ruszyliśmy eksplorować jaskinię. Dopiero tu okazało się, jak bardzo miejscowi naciągali turystów swoimi ‚podróbkami’. Kiedy dziewczyny już miały dość, z Pawłem zapuszczaliśmy się coraz dalej przez kolejne pół godziny, wciąż odkrywając nowe kształty skał, naturalne chodniki nad krystalicznie czystą wodą i migoczące kryształki w niektórych ścianach.

Starając się zdążyć przed zachodzącym słońcem wróciliśmy do Vang Vieng, żeby spędzić ostatnią noc w Laosie. Następny dzień miał przynieść krótką wizytę w Vientiane oraz dalszą drogę do Chiang Mai w Tajlandii.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s