Adam na Szlaku, czyli historie z wyjazdów różnych

Tajlandia, cd.

Autobus z Chiang Mai do Ayuthay’i wyrzucił nas na środku jakiejś autostrady. Kierowca mniej więcej pokazał nam azymut do centrum i zostaliśmy sami chwilę po czwartej nad ranem, niezupełnie pewni tego, gdzie jesteśmy. Dłuższy czas wędrowaliśmy po mieście, kierowani naszymi przeczuciami i lichą mapą z przewodnika. Kolejni zagadywani ludzie nie tylko zupełnie nie mówili po angielsku, ale zdawali się też nie rozumieć tajskich nazw z naszej mapki. Wreszcie jeden pan, do którego podszedłem powiedział ładne ‚how can I help you?’… które chwilę później okazało się być całym angielskim, jaki znał. Niemniej, zaczął pokazywać w jakąś stronę mówiąc ‚ewen, sewen, evn’. Sto metrów dalej znalazł się ‚7eleven’, którego personel był wreszcie w stanie się z nami dogadać. Okazało się, że od centrum jestesmy daleko, a następny autobus dopiero za półtorej godziny.

Zaczęliśmy zabijać trochę czasu w sklepie, kupując kawki w puszkach (całkiem niezła Nesca na zimno za 1.3 zł) i jakieś improwizowane śniadania. Pani rozumiejąc naszą sytuację przyniosła nam z zaplecza krzesełka i pozwoliła czekać w sklepie aż nadjedzie autobus. W międzyczasie trafił się Brytyjczyk z żoną-Tajką (swoją drogą – bardzo dużo tu takich), którzy zobaczywszy nas rozwalonych w sklepie, postanowili się nami zająć. Wpierw chcieli nam zamówić tuktuka i zapytali się, ile jesteśmy gotowi zapłacić. Gdy usłyszeli naszą cenę, stwierdzili że jednak odwiozą nas sami… ale wezmą naszą stawkę ;)

Pani podrzuciła nas do centrum budzącego się miasta. Po pustych ulicach krążyliśmy wśród niespodziewanie okazałych ruin. Zszokowały nas nieco warany pływające w miejskim potoku. Zanim dotarliśmy do centrum turystycznego zaliczyliśmy jeszcze muzułmańską knajpę, gdzie Paweł bardzo długo męczył się ze stanowczo zbyt dla niego pikantnym daniem, które zamówił.

IT okazało się być bardzo nowoczesnym biurem, gdzie dostaliśmy masę bezpłatnych mapek i zostaliśmy jeszcze zaproszeni do obejrzenia 10 minut filmu o Ayuthay’i. Tym samym zabiliśmy ostatnich parę minut czasu do otwarcia wszelkich kas przy świątyniach i wypożyczalni rowerów.




Przez resztę dnia zwiedzaliśmy świątynie, dużo z nich w stylu podobnym do Angkoru. Pomogliśmy też grupie uczniów uczących się angielskiego, którzy mogli nas oprowadzić po świątyni Wielkiego Siedzącego Buddy. Nie dało się ich za bardzo zrozumieć (wszystko powtarzał ich nauczyciel), ale dostaliśmy w prezencie plecione z liści owady (lokalne pamiątki) i małą figurkę Buddy. Poza świątyniami zobaczyliśmy też Kraal – miejsce do zaganiania słoni, używane dziś jako zwykła zagroda. Po drodze oglądaliśmy całą zalaną okolicę – improwizowane mostki do świątyń, wielkie kałuże na drogach i łódki zacumowane w bramach, żeby dało się przepłynąć przez podwórko. Gdy zmierzaliśmy do kolejnego wata, niespodziewanie zatrzymali nas miejscowi, pokazujący na kałuże i na poziom swojej szyi. Ok, tu na rowerach nie przejedziemy;)

Z Ayuthay’i pojechaliśmy tego samego dnia pociągiem trzeciej klasy do Bangkoku. Na twardych ławkach spaliśmy przez blisko dwie godziny, aż wysiedliśmy mocno nastawieni na to, żeby nie dać się ojebać. Wszystkie przewodniki, wszelkie relacje w necie i Mateusze były zgodne co do tego, że każdy, kto zagada do Ciebie w tym mieście, to kłamliwa, chytra kanalia. Powie, że muzeum już zamknięte i weźmie Cię zamiast tego do swojego sklepu. Powie, że guesthouse jest już pełny… karaluchów i zabierze Cię do lepszego, płacącego mu prowizję itd. Długo szukaliśmy taksówki, która ma włączony taksometr (większość proponuje cenę 200 batów, z taryfy wynika, że powinno być 60parę).

Bangkok staraliśmy się zobaczyć możliwie szybko i nie wydać za dużo pieniędzy (Mateusze twierdziły, że wydały tam najwięcej). Ostatecznie ograniczyliśmy się więc do dwóch największych atrakcji: głównych muzeów w świątyni Szmaragdowego Buddy i królewskim pałacu oraz dawnej rezydencji króla. Świątynie i główny pałac były jednym z najładniejszych zabytków, jakie do tej pory gdziekolwiek zdarzyło nam się widzieć! Bogato zdobione, pokryte złotymi farbami i kolorowymi szkiełkami budynki są bardzo gęsto upchnięte w ograniczonej murami przestrzeni. Chwilami aż nie wiadomo, w którą stronę patrzeć. Gdyby nie limit czasu z wypożyczonego audioguide’a (jednego na 4 osoby, którego treść na bieżąco powtarzałem na głos;)), na pewno zwiedzalibyśmy dłużej niż przez 2 godziny. Myślę, że jest to jedno z takich miejsc, które chociaż już ‚zaliczone’, chętnie odwiedzi się jeszcze raz, przy okazji kolejnej wizyty w Bangkoku.




Zaraz obok pałacu znajduje się też świątynia z najdłuższym na świecie posągiem Buddy:

Poza tym kręciliśmy się po mieście, starając się wchłonąć jego atmosferę – co najbardziej udało nam się w czasie spaceru na kolację w tutejszym Chinatown. Większość napisów na budynkach była po chińsku, dość często uzupełnione były tajskim tłumaczeniem. Angielski był rzadkością. Jedzenie zamówiliśmy w przyulicznym straganie, którego tajsko-chińskie menu opatrzone było jeszcze obrazkami potraw.

Najwięcej Tajlandii poznaliśmy jednak podczas pobytu w Kanchanaburi. Z Bangkoku dojechaliśmy tam koleją. Na odpowiedni dworzec dowiózł nas taksówkarz, który wpierw zaczął jechać w przeciwną stronę. Gdy wyciągnąłem mapę i powtórzyłem kierunek, w którym jedziemy – zawrócił. Więc dalej pilnowałem już całej trasy.

Kanchanaburi jest znane przede wszystkim ze względu na most na rzece Kwai oraz całą linię kolejową, przy budowie której zginęły tysiące jeńców wojennych. Jednocześnie, jest to cudowna miejscowość na tajskiej prowincji – w okolicy są wodospady, stare świątynie a na ulicach tylko niewielu turystów.

Wprawdzie białych jest na tyle dużo, aby istniał bar ‚X-pat’, jednak zbyt mało, aby zdominowali okolicę. Gdy zupełnie przypadkiem trafiliśmy na nocny jarmark (night market), spotkaliśmy jedynie jedną parę zachodnich turystów- poza tym, sami miejscowi.

Na nocnym markecie mieliśmy kontakt z wszelkim możliwym folklorem kraju. Na samym wejściu przywitał nas stragan z robakami. Na jednej z dwóch tabliczek czytam ‚4 tajskienapisy 20 tajskienapisy’. Ok, po krótkiej konsultacji pokazujemy pani 2 palce w stronę dużych świerszczy i 2 palce w stronę mniejszych – licząc na 4 sztuki owadów za 20 batów. Pani sypie mi 4 duże łychy jednych i 4 łychy drugich – o szfak, mamy chyba ze 40 robaków do zjedzenia!


Idziemy na dalsze stoiska – sushi! Po 5 batów (50gr) za sztukę, cena co najmniej kilkunastokrotnie mniejsza niż w Polsce.


Obżeraliśmy się kolejnymi porcjami, co jakiś czas wychodząc na zwiad w poszukiwaniu nowych smakołyków. Udało się jeszcze znaleźć duriana, tajemnicze owoce z ryżowo-kokosowym nadzieniem:

oraz pieczonego kraba:
.

Kolejną atrakcją był koncert, rodzaj śpiewanego przedstawienia w wykonaniu jednej kobiety i dwóch transwestytów. Wśród publiczności krążyli sprzedawcy naszyjników z kwiatów, które można było nałożyć występującym na scenie piosenkarzom. My tylko słuchaliśmy i patrzyliśmy, zajadając się durianem (dziewczyny szybko odpadły, ale my z Pawłem w jednym podejściu podołaliśmy ponad połowie jadalnej części dwukilogramowego owoca;) ).

Kilkadziesiąt metrów dalej – rząd stuningowanych pick-upów, z grającą głośno muzyką. Na pace każdego z nich skąpo ubrana panienka, dookoła tłum obserwatorów. Na samochodach były jeszcze tabliczki z reklamami klubów – podejrzewamy trochę, że dziewczyny mogły reklamować usługi swoje i swoich koleżanek.

Na wyjściu kupiliśmy jeszcze jedna porcję swierszczy (smakowały jak świetny dodatek do piwa) oraz… suszonych żabek!, które poleciła nam pani ze straganu. Wróciliśmy do guesthouse’a, kupiliśmy piwo w pobliskim ‚7eleven’ i do późna kontynuowaliśmy naszą ucztę ‚skarby azji’, zagryzając napoje świerszczami, żabami i durianem.


Poza targiem w Kanchanaburi, odwiedziliśmy jeszcze dwa muzea – muzeum wszystkiego i muzeum tragicznej historii kolei między Tajlandią a Birmą. Pierwsze nazywa się oficjalnie muzeum II wojny światowej oraz sztuki. Wystawy okazały się być jednak dużo bardziej różnorodne – od znaczków, przez różne zdjęcia z gazet z ofiarami wypadków, modelkami, politykami, historię drugiej wojny w Tajlandii, wyniki konkursu miss kraju z ostatnich 100 lat, przysłowia tajskie, ewolucję człowieka do kolekcji starych banknotów i przedmiotów zostawionych przez japończyków po okupacji. Drugie muzeum było zupełnie profesjonalne i jednym z nielicznych, które cała ekipa przeczytała w całości, tablica po tablicy.

Ostatni wieczór w Kanchanaburi postanowiliśmy poświęcić na wyjście na miasto, poobserwować jeden z lokalnych girlie-barów. Długie krążenie po okolicy, w poszukiwaniu idealnego miejsca (chcieliśmy mieć stół bilardowy) przerywaliśmy postojami w budce z shotami, gdzie w małych szklaneczkach(chyba 150ml) dostawaliśmy małe drinki(shot tajskiej wódki/rumu + woda/cola) za złotówkę. W końcu trafiliśmy do lokalu ‚Easy bar’, którego nazwa mówiła już całkiem dużo. Poza jednym czy dwoma klientami przy stołach siedziało ok. siedmiu lokalnych dziewczyn i jeden transwestyta (z najbardziej okazałym biustem z całego personelu). Po obu stronach toalety pomieszczenia podpisane ‚BEDroom (not bathroom)’. Dostaliśmy od kierowniczki zniżkę na piwo i zaczęliśmy grać w bilard oraz obserwować knajpę. Z tego, co wiemy dziewczyny dostają prowizję od drinków kupowanych przez ich rozmówców (stąd nasza zniżka – nie gadaliśmy z żadną dziewczyną). Powinny trzymać ich w knajpie do pewnej godziny (z reguły północy albo 1:00), po czym mogą już na własny rachunek oddalić się z klientem. Jeżeli wyjdą wcześniej – oddają swojemu lokalowi część zarobku, gdyż klient nie pił do późna.

Graliśmy dobre 3 godziny. Knajpa była prawie pusta. Trochę akcji zaczęło się, gdy wpadł pijany Anglik, który zgubił portfel (już trzeci taki koleś na tej wycieczce) i zaczął upierać się, że stało się to w czasie jego wcześniejszej wizyty w Easy Bar. Kierowniczka uspokoiła i wywaliła go z niespodziewanie dużą siłą, jak na tak małą babkę. Na koniec wieczora zniesmaczył nas widok grubasa, który całkiem bezpośrednio złapał za rękę jedną z dziewczyn i pociągnął ją w stronę pokoju sypialnego. Cały czas za to bawił transwestyta, który nieco karykaturalnie przerysowanymi dziewczęcymi ruchami poruszał się po knajpie i pozdrawiał przechodzących ulicą turystów. Z mieszanymi uczuciami całkiem późno wróciliśmy do guesthouse’a.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s