Adam na Szlaku, czyli historie z wyjazdów różnych

Najnowsze

Siem Reap

Ponieważ nie zdecydowaliśmy się na nocny autobus, wypadł nam po drodze z Sihanoukville do Siem Reap jeszcze nocleg w Phnom Penh. Zajechaliśmy do naszego Happy Guesthouse’u i poprosiliśmy o pokój. Dziewczyna z rodziny prowadzącej cały interes przepraszała nas w kółko, że nie mają dwójki i że tylko jedynkę nam może dziś zaoferować, ale za to za 4 dolce. Jak się okazało – ‚jedynka’ miała królewskich rozmiarów, według mnie podwójne, łóżko. Szybko zrzuciliśmy rzeczy i ruszyliśmy na miasto, bo całkiem zgłodnieliśmy w autobusie. Zanim wybraliśmy się do znanej nam knajpy (tej od grillowanej wołowiny na patyczkach), zdążyłem jeszcze naciąć się na kurczaka z rozstawionego na ulicy ‚lokalu’ (wózek z gorącym olejem i ladą, drugi wózek z zapasami, plastikowe krzesełka i stoliki) – wprawdzie dwie spore pałki smakowały zupełnie jak z KFC, jednak płacić za nie z odrobiną chleba i surówką 3 dolce w Kambodży to stanowczo za dużo. Nasza knajpa już nie miała nic na stanie na ten dzień, więc w końcu i tak wylądowaliśmy gdzie indziej. Tam z nowości próbowałem zupę na wołowinie, trochę różną od naszych zup. W bulionie pływały różne kawałki mięsa, jakieś orzechy i liście. Do tego na talerzyku obok jeszcze sosik, kilka plasterków ostrej papryczki i cała masa liści.

Następnego dnia zerwaliśmy się z rana, akurat na szybkie śniadanie i pick-up – jedziemy kolejnym autobusem do Siem Reap. Ciekawe, że w sumie dwa odcinki autobusem i nocleg między nimi okazały się kosztować tyle, co nocny autobus na całej trasie. Po drodze całkiem ładna pogoda, dużo widoków i sporo obserwacji z przemieszczania się po drogach w Kambodży. Przede wszystkim – krajówka miejscami jest jedynie ubitym piachem (może pod spodem był asfalt?;> Nie wiem) na szczycie dwumetrowego nasypu wśród zalanych wodą pól ryżowych czy innych mokradeł. Więc mimo, że generalnie jedzie się normalniej niż w mieście (czyli – po prostu swoim pasem), to co jakiś czas pojawiają się komplikacje przy mijaniu się z innymi pojazdami. Prawem większego jest przy tym całkiem bezwarunkowe pierwszeństwo. Autobus jedzie więc dziarsko naprzód, a inne pojazdy mu ustępują. Kiedy wjeżdżamy do jakiejś wioski, kierowca cały czas wciska klakson, żeby na pewno wszyscy byli świadomi jego obecności na drodze.

W Siem Reap główną atrakcją jest kompleks ruin Angkoru – imponujących dowodów dawnej świetności królestwa, z którego wywodzi się dzisiejsza Kambodża. Na dworcu kolejny raz rzucił się na nas tłum tuktukarzy – proponujących podwózkę do centrum, do dobrego (czyli – płacącego im prowizję) hostelu, albo starających się naciągnąć turystów na wycieczkę po Angkorze. Nowością był tym razem kierowca noszący kartkę z solidnym blokiem tekstu, tłumaczącego, że większość tuktuków jest w posiadaniu ludzi bogatych, że to ‚social injustice’ i w związku z tym uprasza się o korzystanie z usług tuktukarzy biednych, jak na przykład nosiciel kartki. My jednak mieliśmy już swojego na oku – młody kierowca trzymał w górze napis ‚Mr. Adam’ i czekał właśnie na nas. Ludzie z Happy w Phnom Penh polecili nam bowiem Garden Village Guesthouse w Siem Reap i załatwili nam darmową podwózkę z dworca. Zadowoleni z Happy, postanowiliśmy zaufać ich radzie, mimo że Garden Village ma dużo bardziej zróżnicowane recenzje w necie. Zresztą – zobaczymy co i jak i najwyżej sobie pójdziemy. Przede wszystkim kusiła nas opcja dorma (spania we wspólnym pomieszczeniu) za dolara.

Dorm okazał się być materacami z moskitierami w mocno uczęszczanym przejściu – skusiliśmy się więc na nieco droższą opcję: dwójkę bez łazienki, ze ścianami z bambusowej plecionki i leżącymi na ziemi wygodnymi materacami, 4 dolce za pokój. Wszystko wygląda ok, piwo w barze za 0.50$ – zostajemy. Dzień później okazało się, że między plecionymi ścianami i kartonami, po drewnianej konstrukcji budynku biegają szczury. Czasem w popłochu jakiś uciekał, gdy się nagle weszło do pokoju, raz słyszeliśmy jak się piorą za ścianą, parę razy jak biegły. Poruszały się jednak wyłącznie w ścianach i wzdłuż belek pod sufitem, nie przeszkadzały więc i stanowiły całkiem ciekawe towarzystwo (na pewno lepsze od Anglika zza ściany, który pewnej nocy wrócił późno, lekko napity i zawodził, bo zgubił portfel).

Jeżeli chodzi o ceny, to stopniowa eksploracja okolicy ujawniła masę tanich miejsc, które pozwalały zaspokajać potrzeby wyznaczające cały rytm dnia: dwie knajpy ze śniadaniem za dolara (ryż/makaron z warzywami lub pyszne ale małe naleśniczki, zawsze jakaś herbata/kawa/cola gratis), knajpę z obiadem za 1.25$ (podsmażany ryż z warzywami i kurczakiem), miejsce do kupowania zapasu wody – 0.37$ za butelkę 1.5l (większość miejsc bierze co najmniej 0.5$, z reguły jednak aż 1$). Piwko za 0.5$ okazało się być standardem w okolicy – choć często tylko w ramach Happy Hours trwających na przykład… od 10 rano do północy;) I niestety dopiero ostatniego dnia odkryliśmy rewelacyjną knajpę serwującą takie oto danie za dolara:

Składało się ze specyficznego makaronu, jakiegoś bulioniku, skąpej ilości krewetek (właściwie to mieliśmy chyba po 1 kawałku), chrupiących kawałków na wierzchu, orzechów i liści. Odkrycia dokonaliśmy dzięki tuktukarzowi, który zatrzymał się po jedzenie dla siebie;) Jak się mocniej poszuka można więc całkiem tanio najeść się i napić. Nie jest to jednak takie proste, bo jak już wspominałem, cała infrastruktura turystyczna przygotowana jest pod zachodnich turystów z kasą, podobnie – większość zwykłych dla nas produktów również dostępna jest głównie przez wzgląd na turystów. Jeżeli czasem znajdzie się większy sklep, w rodzaju naszego supermarketu, nie jest on wcale tani. Snickers kosztuje dolara, bułeczka 40 centów, mała paczka ciasteczek – dolara. Wynika to stąd, że zwykły Khmer po prostu ani w takich miejscach ani takich rzeczy nie kupuje. Wobec braku popytu, większość towarów jest importowana (zwłaszcza w Siem Reap widziałem chyba z milion napisów ‚Made in Thailand’, w sklepach jakieś czipsy ze stanów) tylko na potrzeby zagranicznych gości. Co normalny Khmer kupuje – ciężko powiedzieć, pewnie je ryż w domu i tyle.
W nasze fundusze dość mocno uderza jeszcze poruszanie się we dwoje. Cena każdego tuktuka dzieli się na dwa, nie ma możliwości kombinowania z większymi pokojami itd. Ciężkie też byłoby dogadywanie się z innymi turystami, bo dzielenie się śmieszną dla nich opłatą za tuktuka wiązałoby się z ograniczeniem ich swobody i komfortu. A Polaków nie spotkaliśmy jeszcze żadnych ;)

Miejscowość Siem Reap ma bardzo turystyczne centrum, nawet jedna ulica nazywa się wprost: Pub Street. Pojawiają się takie kurioza jak ‚Khmer and Mexican food’. Odkryto też już siłę opinii Lonely Planet, więc wymienione w popularnych przewodnikach miejsca szczycą się tym na swoich szyldach. Masa hoteli i lokali ma coś w nazwie, co nawiązuje do świątyń, albo do zachodów słońca (które sę jedną z popularniejszych atrakcji wśród zwiedzających). Każdy prawie tuktukarz zaczepia nie żeby podwieźć ‚gdzieś’ – od razu proponuje tour po Angkorze. Gdy się odmawia, to czasem jeszcze zaproponuje marihuanę. Bardzo popularne są też akwaria z ‚fish massage’, w których pływają małe rybki, chyba obgryzające naskórek w jakiś przyjemny sposób. Nie próbowaliśmy. Trafiają się też zabawne akcenty, jak tuktuki-superbohaterowie:

Na zdjęciu nie widać – na daszku ma napis ‚Batman travel – traditional transport’;) Gdzieś po drodze widziałem jeszcze Spidermana.

Spacerując po Siem Reap można natknąć się na parę bardziej naturalnych miejsc. Niedaleko centrum przepływa rzeka, wzdłuż której spacerują mieszkańcy, odpoczywając czasem na ławkach, oglądając rzeźby. Widzieliśmy nawet całkiem sporo osób, które przyszły pobiegać nad wodą – nawet o 5 rano! Przy samej rzece znajduje się jeszcze jedna buddyjska świątynia z całkiem ładnym terenem. Poniżej parę zdjęć z naszego spaceru po tej okolicy:



Rybacy w mieście:

Większość czasu spędziliśmy tu oczywiście zwiedzając Angkor. O historii czy poszczególnych świątyniach nie będę pisał, bo to każdy może sobie w dużo bardziej kompetentnych źródłach znaleźć. Wrażenia ze zwiedzania już w następnym odcinku:)




Angkor Wat:

Widoki w Kambodży

Widoki na kambodżańskiej prowincji. Większość w nienajlepszej jakości, bo z okien autobusów:

This slideshow requires JavaScript.

Sihanoukville i kambodżańskie smakołyki

Kolejnego dnia z rana opuszczaliśmy Phnom Penh, aby poplażować w Sihanoukville (piszę tę nazwę chyba na trzy różne sposoby, ale mniejsza). Ledwo zdążyliśmy się zebrać i zjeść śniadanie, kiedy podjechał po nas busik. Transport działa tu tak, że turyści kupujący bilety w guesthouseach są zbierani przez busa (busy?) po mieście i dowożeni na dworzec. Nie wiem, ile taniej by było bezpośrednio z dworca, ale koszta podjeżdżania tuktukiem na własną rękę pewnie by zjadły całą oszczędność i jeszcze więcej. Przejechanie dwustu kilkudziesięciu kilometrów kosztuje nas ostatecznie 5 dolców od osoby, więc jest git.

Po drodze możliwość podziwiania całkiem nowych pejzaży: rozległych mokradeł i pól ryżowych, kambodżańskiej wsi i małych miasteczek. Z pustych, zielonych przestrzeni wybijają się rzadkie rzędy palm. Ciąg dalszy tej strony »

Phnom Penh – wrażenie drugie

Pisze Ola, i moje wstawki:

Na kolejny dzień plan mieliśmy ambitny, dlatego też wstaliśmy skoro świt ok. 9.30 :) Pierwszym punktem dnia było odwiedzenie Pól Śmierci, a potem co zdążymy.

Pola śmierci są oddalone o kilkanaście kilometrów od centrum Phnom Penh, co oznacza nasz pierwszy kontakt z przedmieściami. Tu już nie ma podziału na bogate i biedne, jest tylko biedne. Ludzie jeżdzący po kilkanaście osób na takich dziwnych platformach ciągniętych przez jeden skuter, benzyna sprzedawana w butelkach, całe rodziny siedzące przy swoich dziurach w murze mieszczących wszystko, co mają na sprzedaż, mnóstwo dziur w drodze i frapujące ładnie zdobione bramy, za którymi niczego za bardzo nie ma. Dodatkowo zagadkowe są tablice z napisem Cambodian People’s Party znajdujące się na bramach do najprzeróżniejszych miejsc. Jeszcze nie wiemy, czy te miejsca należą do partii (choć jest to wątpliwe, bo można je spotkać naprawdę często), czy są po prostu wyrazami poparcia, ale się dowiemy :) Ciąg dalszy tej strony »

Phnom Penh i pierwsze wrażenia

Pisze Ola:

Po wyjściu z lotniska oprócz fali gorąca zalała nas fala tuktukarzy. Wiedząc, że na terenie lotniska ceny są wyższe, machnęliśmy na nich ręką i znaleźliśmy lepszą okazję. Pierwszy kontakt z tuktukiem, przynajmniej dla mnie, był lekko stresujący. Kurczowo trzymamy bagaże, kierowca mówi, że torebka koniecznie pomiędzy nami, żeby nikt nie wyszarpał i zaczynamy poznawać kambodżańskie zasady ruchu drogowego. Ciąg dalszy tej strony »

Lotnisko Kuala Lumpur

Zdjęć w tym poście prawie nie ma, bo lotnisko. I mega zmuleni byliśmy.

Po wylądowaniu w Kuala Lumpur i przejściu przez wszystkie formalności związane z przylotem (mieliśmy trochę rozkminy czy, planując lecieć do Kambodży za 8 godzin, zaznaczać ‚holiday’ czy ‚transit’ – stanęło na ‚holiday’ i przemilczeniu rychłego wylotu) musieliśmy się odnaleźć na gigantycznym i nowoczesnym lotnisku. Wprawdzie na ekranie w zagłówku w samolocie puścili film instruktażowy, jednak jakoś tak mało uważaliśmy i wszystko było niespodzianką. Samolot wylądował na terminalu nieco odległym od głównej części lotniska, w którym jednak znalazło się miejsce dla Burger Kinga i sklepów. Aby dostać się do głównego budynku, musielimy dzielącą nas od niego odległość pokonać…lotniskowym pociągiem! Ciąg dalszy tej strony »

Opuszczamy Europę

Pierwszy kontakt z Azją Południowo-Wschodnią i okolicami, ciekawe kto zgadnie gdzie to:
Ciąg dalszy tej strony »